
Premier Tusk na konferencji prasowej dzisiaj o 15-ej jak zwykle bardzo sprawnie odpowiadał na pytania. Konsekwentnie trzymał się przygotowanej wcześniej wersji i oddalał zarzuty nieprzychylnych dziennikarzy jako "insynuacje". Nie był idealny, co - jak w badaniach psychologicznych wykazano dawno temu - jedynie przysparza sympatii, bo tak jak wszyscy myli się, waha, szuka słów. Po tej konferencji popularność mu nie spadnie.
REKLAMA
Nie zamierzam drążyć tego, czy faktycznie przygotowanie projektu ustawy o NBP można uznać za jednoznaczne z jego późniejszą publikacją. Wydaje się, że akurat tutaj zakulisowe rozmowy mogą wiele przyspieszyć lub opóźnić. Nie miałbym też pretensji do premiera, gdyby ostrzegł syna przed finansową katastrofą Amber Gold. Wręcz przeciwnie, dziwiłbym się, gdyby mając takie informacje tego nie zrobił, jednocześnie pozwalając machinie prawnej i śledczej mleć w ich własnym tempie. Nie zaskoczyło mnie też to, że alkoholowy charakter nagranych rozmów Tusk wykorzystywał do kwestionowania prawdziwości wyznań czynionych jednemu ministrowi przez drugiego, jakoby krył jego żonę (w sprawach skarbowych, oczywiście). Co innego mnie natomiast zastanawia.
Donald Tusk w swoim rozpoczynającym konferencję prasową oświadczeniu największy nacisk położył na nielegalność podsłuchu i na fakt, że po raz pierwszy ujawnione nagrania nie zostały wykonane przez jednego z rozmówców. Wyraźnie nawiązywał do tego, jak niewygodne treści zostały upublicznione w przypadku Józefa Oleksego czy Lwa Rywina, którzy padli ofiarą fałszywych tak zwanych przyjaciół. Tutaj, jak sugerował premier, jakieś inne siły próbowały obalić rząd i zdestabilizować państwo polskie. Tusk przestrzegł tych, którzy chcieli skorzystać z tej próby przed zbytnim zaangażowaniem, dając do zrozumienia, że stanięcie po stronie konspiratorów, którzy podsłuchiwali Marka Belkę, Bartłomieja Sienkiewicza, Sławomira Nowaka, Andrzeja Parafianowicza i innych, może się nie opłacić. Gdy bowiem wyjdzie na jaw, jakie siły za tym stoją (czyżby te same, co 10 kwietnia?), będzie wstyd, będzie stratno.
Jednak szef polskiego rządu przestrzegł wszystkich, którzy próbują wykorzystać podsłuchy do walki politycznej z jeszcze jednego powodu. Zasugerował, że każdy polityk może być podsłuchiwany bez swojej wiedzy i to może posłużyć do szantażu. Ta troska o klasę polityczną w zasadzie byłaby ujmująca. Oto mąż opatrznościowy zatroszczył się kolegów ze swojej partii, ale i – ponadpartyjnie – z opozycji. Odwołał się też do wyobraźni dziennikarzy, pytając ich, czy nie byłoby im przykro, gdyby dowiedzieli się, że są podsłuchiwani.
Dotąd niby wszystko brzmi dobrze. Faktycznie, ludzie, także ci sławni i pełniący funkcje publiczne, cenią sobie prywatność i nie chcą, by ktoś się mieszał w ich sprawy. Jednak w tym konkretnym przypadku, do którego odnosił się Tusk, politycy nie rozmawiali przy alkoholu wyłącznie o sprawach prywatnych, chyba że za takie uznać chronienie żony ministra Nowaka od kontroli skarbowej. Rządzący rozmawiali o sprawach publicznych.
Co więc tak naprawdę powiedział Donald Tusk, gdy przestrzegał przed tym, że każdy polityk może być nielegalnie podsłuchiwany i następnie szantażowany?
Aby szantaż miał sens, musi dotyczyć informacji, których ujawnienie skompromitowałoby szantażowanego, zaszkodziło jego karierze, doprowadziło do katastrofy w życiu osobistym czy też może nawet zaprowadziło, jak Rywina, przed sąd i za kratki. Jeśli Tusk przewiduje któryś z tych scenariuszy dla wszystkich polityków, to – świadomie lub nie – zakłada, że każdy ma coś do ukrycia. Każdy robi jakieś świństwa, knuje, spiskuje, łamie prawo. I robi to naprawdę, a nie pozornie, jak zdaniem przełożonego -- minister Sienkiewicz.
Donald Tusk niechcący powiedział więc coś, co w innym języku można by streścić tak: politycy, nie podsłuchujcie, a nie będziecie podsłuchiwani. Kto jest bez winy, niech rzuci kamieniem. Albo bardziej współcześnie: nie korzystajcie z podsłuchanych i ujawnionych rozmów, bo obróci się to przeciwko wam. Wszyscy macie przecież coś na sumieniu. Zwrócił uwagę, że polityka w nieuchronny sposób wiąże się ze skrywaną nieuczciwością i kompromitującymi rozmowami. Trudno byłoby przecież kogoś szantażować, czy choćby doprowadzić do dymisji tylko dlatego, że przy kotlecie i trunku posługuje się plugawym językiem, dopiero co zbrukanym wieprzowiną i alkoholem. Do tego trzeba czegoś więcej.
Dziękuję za szczerość, Panie Premierze. Tak podejrzewałem, że podsłuchiwanie polityków musi ujawnić coś strasznego. Teraz wiem ze „źródła zbliżonego do rządu” tak bardzo, jak tylko zbliżonym być można, że moje podejrzenia nie były bezpodstawne.
