Spece od wizerunku premiera musieli ciężko pracować w Boże Ciało. Nie wykluczam, że niektórzy nie wzięli udziału w procesji, ale efekt jest.

REKLAMA
Dziś można przeczytać, że naczelny "Wprost" ma dziwną przeszłość, a nawet siedział w więzieniu. Menadżer Łukasz N. też wziął się nie wiadomo skąd. A w ogóle to restauracja na rogu Gagarina i Czerniakowskiej ma złą sławę, bo dawniej, gdy była tu Karczma Słupska, spotykali się w niej mafiosi. Sam Sowa, choć przez 17 lat był ikoną warszawskich knajp, zarejestrował swoją firmę w miejscu, gdzie wpuszczają tylko rosyjskich dyplomatów. No i to wszystko składa się w bardzo nieciekawą całość.
Wobec możliwego spisku nie jest więc łatwo służbom państwowym. Na każdym kroku wiatr w oczy, a premier, choć wszyscy są zgodni, że nieporadny, jest samotny i zasługuje na wsparcie. Dziś rano w TOK FM redaktor Wołek zadając sakramentalne pytanie, w czyim interesie jest publikacja taśm, stwierdził, że mogą to być Rosjanie albo jakieś resztki po IV RP.
Czytam to wszystko, słucham i – niestety – myślę. Ręce opadają.
Rządowych biesiadników, których ktoś nagrał, zatrudnił Donald Tusk. Pracowali lub pracują do dziś, a wywalano ich z ministerialnych posad przez przypadek, albo lądowali w państwowych spółkach. Gdy o kondycji Platformy i jej dygnitarzy rok temu opowiadał Gowin, wszyscy wzruszali ramionami. Podobnie, gdy wypowiadał się Schetyna.
Tymczasem właśnie oni wiedzą, jak wygląda wnętrze Platformy. Nie wie tylko premier, a właściwie już wie, tylko tę wiedzę wstydliwie od siebie odsuwa. I szuka. Donosicieli, szpiegów i wszystkich złych ludzi, którzy chcą zdestabilizować państwo, rozumiane jako jego osoba.
A może tej strasznej czynności, niezgodnej z prawem, podjął się Anonimowy Patriota? Jakiś podkuchenny, kucharczyk albo sprzątaczka? Może mieli dość wysłuchiwania latami niekończącego się bełkotu, spisków i układzików?
Warto tę wersję poważnie rozważyć.