Donald Tusk już dobrze wie, że już nie da się wygrać wyborów w Polsce bez wizerunku władzy, która myśli także o ludziach niespinających końca z końcem. Dlatego w pierwszym po wakacjach posiedzeniu Sejmu mieliśmy okazję oglądać kilkugodzinne przedstawienie z trybuny sejmowej – przedstawienie, bo przecież widzieliście Państwo, że nie debatę.
REKLAMA
Spektakl ten, ma za zadanie zmienić wizerunek Platformy Obywatelskiej przed nadchodzącym cyklem wyborczym, który będzie trwał do jesieni 2015 roku. A potem - jeśli społeczeństwo uwierzy i ponownie odda władzę Platformie - będzie tak, jak kiedyś – wróci nowe. Jak mogłoby być inaczej skoro w sprawie polityki rodzinnej i społecznej przez ponad siedem lat nie działo się niemal nic?
Dziś premier obiecał 36 zł podwyżki emerytom i zwiększenie ulg rodzinnych dla trzeciego i czwartego dziecka. Jego ministrowie złożyli kilkanaście pomniejszych obietnic. Pozostawię na marginesie tej wypowiedzi moje wątpliwości czy podwyżka emerytury o 36 złotych, wziąwszy pod uwagę jej najniższe poziomy, jest wszystkim na co stać „zieloną wyspę” i dlaczego pierwsze i drugie dziecko w biednej lub bezrobotnej rodzinie nie dostanie nic. Mimo to, to krok, choć nieduży, we właściwą stronę. Dlatego – mówię to bez ironii - trzeba się cieszyć z nadchodzących wyborów. A może wybory powinny być permanentne?
Tak. Trzeba się cieszyć z demokracji, ale także trzeba nauczyć się z niej korzystać. Jak? Może zacząć liczyć w czyim interesie podejmowane są konkretne decyzje polityczne i ustawy? Może mieć lepszą pamięć i nie dać się omamić przedwyborczymi wystąpieniami polityków, a pamiętać to, co rzeczywiście zostało zaniechane lub zrobione w mijającej kadencji? Może zacząć nareszcie głosować zgodne ze swoim obiektywnym interesem, świadomym przekonaniem, nieulegając propagandowej papce? Czy nie byłoby miłe wysłać tych kolesi, robiących nam propagandową wodę z mózgu do cywila? Jest szansa. Będą wybory. Można zagłosować zgodnie ze swoimi przekonaniami i sercem.
A tak na marginesie… Premier przemawiał, a mnie bardzo ubawiły miny siedzących naprzeciw mnie, w pierwszej ławce, panów Kaczyńskiego, Błaszczaka i Kuchcińskiego. Spojrzałam w bok i po lewej stronie sali zobaczyłam na twarzach podobne emocje: zaskoczenie, złość, przerażenie. Premier swym przemówieniem odbierał im właśnie propagandowe zabawki.
Ubawiło mnie. A może to wcale nie jest śmieszne.
