Patrząc na różne intelektualne próby uporania się z politycznym i społecznym triumfem narodowo-katolickiej prawicy, uderza przede wszystkim wycinkowość i powierzchowność spostrzeżeń. Powierzchowne analizy prowadzą do pragmatycznego impasu. Elity intelektualne powoli zaczynają z niego wychodzić. Elity opozycji, jak się wydaje, nie są do tego zdolne. Pozostaje liczyć na wrodzony talent liderów, a ten posiadają nieliczni.

REKLAMA
Gigantyczna manifestacja opozycji i zwykłych ludzi przerażonych demolowaniem państwa i społeczeństwa przez tak zwaną dobrą zmianę, na pierwszy rzut oka krzepiąca, przypomina o sprawach w polskiej polityce fundamentalnych. Dzisiejsza opozycja nie wie, dlaczego oddała Polskę na pastwę „dobrej zmiany” (sposób pisania tegoż pojęcia jest sam w sobie dyskusyjny – nie wiadomo czy pisać je w cudzysłowie, wielkimi literami, czy jeszcze w jakiś inny sposób), nie wie jak ją odzyskać, dlaczego ją odzyskać i czy w ogóle ją odzyskać. Innymi słowy, prócz daty kolejnej manifestacji na ulicach Warszawy, nie kuma absolutnie niczego.
Tymczasem wystarczyłoby przeczytać dwie, trzy dobre książki, które pojawiły się w obiegu w ciągu ostatnich pięciu lat na czele z „Prześnioną rewolucją” Andrzeja Ledera, żeby ustalić, dlaczego przegraliśmy i (co dużo trudniejsze) co zrobić, aby wyrwać państwo z rąk „dobrej zmiany”. Bo przecież była w Polsce grupa ludzi, która wiedziała, że obraliśmy kurs na zderzenie. Ludzie ci, jak choćby Andrzej Leder, Jan Sowa, Robert Krasowski, Cezary Michalski i kilka innych osób z różnych kręgów i środowisk („Dziennik Opinii”, „Nowy Obywatel” etc.), dostarczali politycznym elitom precyzyjnej analizy stanu społeczeństwa: mentalnego, ekonomicznego i – co najważniejsze – symbolicznego. Stanu jeszcze sprzed triumfu ugrupowań szerokiego spektrum konserwatywnych utopii. Tych analiz zapewne nikt z polityków nie czytał. A warto było.
Andrzej Leder pisał: Problemem III Rzeczypospolitej – podobnie jak jej poprzedniczki – była i jest niezdolność klasy politycznej do znalezienia w obrębie społecznego imaginarium politycznego słów i symboli znaczących, które włączyłyby poczucie krzywdy we wspólnotę republiki. Nieumiejętność odniesienia się do tych części społeczeństwa, które czują się skrzywdzone i jednocześnie pałają resentymentem. Leder zauważał, że poczucie krzywdy nie wytworzyło w Polsce języka politycznego który by się do niego odnosił. Po stronie elit politycznych pojawiły się dwa sposoby rozprawiania się z narastającym poczuciem krzywdy (samo w sobie nie daje się ono sprowadzić do krzywdy ekonomicznej, co jest odrębnym problemem). Pierwszy z nich Leder określa mianem „pogardliwego piętnowania” takich stanów ducha jak nienawiść czy chęć odwetu. W Polsce zakazywanie tego rodzaju przeżyć, napominanie, że czuć się ich nie powinno, drwienie z tych, którzy ich doświadczali Leder uznaje za grzech główny między innymi takich środowisk jak skupione wokół „Gazety Wyborczej” czy w ogóle szeroko rozumianego środowiska liberałów. Motorem tej postawy miała być (i cały czas jest) pewna niebagatelna korzyść – to poczucie słuszności moralnej i wyidealizowany obraz samego siebie.
Liberalno-lewicowe elity nie ograniczały się zresztą do pretensjonalnych połajanek dostarczanym masom 24 godziny na dobę (cała prawda całą dobę). Stworzyły własny język własnej wyższości moralnej. Język, który dla owładniętych resentymentem mas stawał się (rzeczywistą) odwróconą mową nienawiści. Jak słusznie zauważa Paweł Droździak język ten, składał się z takich słów jak "równość", "wykluczenie", "gender", "dyskryminacja", "tolerancja", "ksenofobia", "rasizm". Wzbudzał w masach jedynie furię i obrzydzenie, ponieważ masy utożsamiały go z językiem grup uprzywilejowanych – właścicieli wielkich firm, prezesów, przedsiębiorców, dziennikarzy, miejskich hipsterów, prawników (ze szczególnym uwzględnieniem sędziów) etc.
Na biegunie tej próby radzenia sobie z rzeczywistością znajdował język pochlebstwa wobec tej, całkowicie już literalnej, nieskrywanej nienawiści. Strategię tę Leder określa mianem „pochlebiania nienawiści”. Pozwólmy sobie na jeszcze jeden, przedostatni już cytat: Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, jak mordercza może być ta strategia "zagospodarowywania" gniewu. Jej efektem często jest śmierć, a prawie zawsze poniżenie piętnowanych "kozłów ofiarnych". Przedstawiciele "strategii pochlebczej" bronią się, zarzucając często zwolennikom liberalnej poprawności lekceważenie realnych problemów, a nawet dramatu tych, którzy pałają nienawiścią. Strona przeciwna odpowiada, że instrumentalne rozbudzanie wrogości jest podłą strategią polityczną, co choć samo w sobie prawdziwe, ignoruje fakt, że nienawiść istnieje i nie można o tym zapominać. Tworzy się błędne koło – pisze Leder.
Nie ma wątplwościi – w polskich realiach językiem „pochlebiania nienawiści” jest język „dobrej zmiany”. Język, którym jej funkcjonariusze posługują się w sposób instynktowy, bo też literalna nienawiść (której istnienie starali się zbagatelizować liberałowie i lewica) nie wymaga jakiejkolwiek nauki i pojęciowania. Siła sprawcza tego języka jest naturalnie dużo większa, niż języka liberalnej pogardy i kończy się dopiero w momencie fizycznego, biologicznego wyniszczenia otaczającego świata (do czego nota bene pod rządami PiS zmierzamy już tylko z punktu widzenia ochrony środowiska naturalnego). A jednak, należy to jeszcze raz podkreślić – nienawiść języka „dobrej zmiany” czerpie swoje siły z liberalnego (i lewicowego) języka pogardy.
Opozycja składająca się dziś z KOD, PO, Nowoczesnej i jakichś lewicowych niedobitków nie rozumie tych kwestii na poziomie całkowicie elementarnym. Język, który doprowadził do klęski, próbuje wykorzystać do jej odwrócenia. Ze wszech miar, granice języka opozycji są granicami jej świata. Jest to świat posiadający wszelkie cechy świata osoby cierpiącej na autyzm. Jak inaczej określić bowiem uczynienie twarzą kampanii „obrony Polski” Grzegorza Schetynę, który przez znaczną grupę samych już tylko wyborców Platformy Obywatelskiej jest (jednym z wielu) symboli jej klęski. (Autystyczna postawa działa również z drugiej strony, tyle tylko, że po stronie dobrej zmiany autyzm ten jest zabójczo skuteczny).
Poznawcza ułomność skutkować musi ułomnościami natury pragmatycznej – opozycja nie tylko nie umie sformułować choćby zarysu programu odzyskania władzy i świadomości mas, ale dokonuje tragicznie przeciwskutecznych aktów, jak ten dokonany przez posłankę Agnieszką Pomaskę, która manifestacyjnie podarła polską „deklarację suwerenności”. Przejmująca grafomania tegoż aktu prawnego, nie może usprawiedliwiać podobnego zachowania. Do tego samego worka trzeba wrzucić wszelkie „profanacje konstytucji”, „obrony demokracji”, „państwa prawa” etc.
W tym miejscu warto odwołać się do przykładu. Dużo większym instynktem (i to zapewne bez czytania Ledera) wykazał się w sejmowych mowach dotyczących stanowiska Komisji Europejskiej wobec Polski Władysław Kosiniak-Kamysz, który (przekonująco) mówił o „Polsce”, „patriotyzmie”, „bezpieczeństwie” (również tym ekonomicznym). Takim językiem należałoby mówić, aby odzyskać serca i dusze Polaków. Nie „demokracja”, a „polskość”, nie „prawo”, a „porządek”, w najgorszym razie „wolność”. Podobnie, tworzenie nowego imaginarium opozycji nie może być oparte na politykach, którzy, są demonicznym elementami imaginarium prawicy. Na celebrytach, którzy stali się symbolem języka liberalnej pogardy wobec człowieka prostego. (Zapomnijmy na chwilę o tragicznej wieloznaczności tych pojęć).
Nie trzeba porzucać demokracji, ale trzeba o niej mówić innym językiem. Gdyby zjednoczona opozycja chciała coś zdziałać, wokół Mateusza Kijowskiego nie krążyłby Grzegorz Schetyna, ale młodzi zdolni posłowie pokroju Marcina Kierwińskiego, Rafała Trzaskowskiego czy Borysa Budki. Na infantylne działania „Razem”, które w kilka tygodni własnymi rękami roztrwoniło sukces akcji wyświetlania wyroku Trybunału Konstytucyjnego na budynku KPRM, życzliwie spuśćmy zasłonę milczenia.
Do braku rozpoznania w symbolicznej sferze polskiej polityki należy chyba dodać zwykłe gnuśność i lenistwo. Mimo metodycznego rozbijania kolejnych elementów demokratycznego państwa prawa (z ostrożności pozostańmy przy słowie „państwo”), mimo bezpośrednich zamachów na konkretne dobra o charakterze, nie wahajmy się użyć tego słowa „narodowym” czy w dobra o charakterze praw podmiotowych czy praw człowieka (prawo własności, prawo do czystego środowiska, do wolności wyboru źródeł energii), opozycja nie potrafi stworzyć minimum programu naprawczego. Nie potrafi odnieść się do przywracania węglowego monopolu, do tego że ogromna część Polaków dokłada się do upadającej energetyki węglowej (co i tak nie zatrzyma jej całkowitej klęski) do skandalicznych pomysłów dalszego rabunku środowiska naturalnego (obłędne pomysły wycinania Puszczy Białowieskiej, regulacji rzek, kanału przez Mierzeję Wiślaną), do kwestii aborcji, obecności Kościoła w życiu politycznym i społecznym, czy „dekomunizacyjnego” obłędu likwidowania dawnych nazw ulic. Jej przedstawiciele boją się powiedzieć wprost o absurdach i kosztach takich form pomocy jak niemoralne 500+, merytorycznie bronić praw kobiet. Nie pojawiły się jakiekolwiek konkretne projekty ustaw przywracających te elementy wolnej Polski, o które (nie bez korekt) należało walczyć i które są rzeczywistymi osiągnięciami obywateli RP. Również wyborców konserwatywnego obłędu. Obłędu, który jest (pozwolę sobie na zapożyczenie od Słavoja Zizka) rewersem obłędu zdekonstruowanego świata liberałów i lewicy. Świata, w którym niepodlegające krytyce pojęcia okrzepły i stały się trującymi dogmatami, nie tylko niszczącymi dziś Unię Europejską od środka, ale ustawiającą ją w pozycji wroga do obywateli państw narodowych. Sukces europejskiej konserwatywnej utopii jest w znacznej mierze wynikiem nierealnej, pretensjonalnej i egzaltowanej postawy tak wobec islamu, jak i uchodźców. Nie można mieć co do tego najmniejszych wątpliwości – metodyczne zakazywanie nienawiści doprowadziło do jej triumfu w Polsce, na Węgrzech, a już niebawem wygra ona w Niemczech, Anglii, a przede wszystkim USA.
Powróćmy już po raz ostatni do Ledera: Nie twierdzę, że dobrze jest czuć nienawiść – pisze – ale zaklinaniem, ani pouczaniem, a tym bardziej drwiną nie redukuje się nienawiści. Raczej się ją wzmacnia. Te przeżycia, emocje i wynikające z nich nastawienia istniały i istnieją, i nawet sami zainteresowani – ci, którzy je przeżywają – nie mają na ten fakt wpływu. Ta prawda o człowieku została całkowicie odrzucona przez liberalno-lewicowy dyskurs na wszelkich możliwych poziomach, politycznym, społecznym, akademickim, publicystycznym, medialnym. Skutkiem tej strategii jest triumf „dobra”, triumf „dobrej zmiany”, triumf moralności nad rozumem, wiedzą i prawem – zawsze i nieodłącznie związany z przemocą symboliczną i tą zupełnie już literalną.
Do pełnego obrazu tego, jak wolni Polacy próbują odnieść się zwycięstwa prawicy (jest to nazwa czysto umowna), należałoby dodać wszelkie wyjaśnienia o charakterze ekonomicznym. Celują w nich młodzi publicyści „Gazety Wyborczej”: Grzegorz Sroczyński czy Michał Danielewski oraz… partia „Razem”. Są to, niestety, próby nietrafione, a rola, jaką przypisuje się w niej sytuacji ekonomicznej części Polaków (odtrąconych i pokrzywdzonych przez transformację gospodarczą), jest przeceniania. Nie wolno jej pomijać, ale budowanie na niej politycznych projektów i propozycji należałoby prowadzić z umiarem. W razie realizacji skutkować będą bowiem dalszym dociskaniem podatkowej śruby, którą w Polsce i tak objęci są głównie ci trochę lepiej zarabiający, mali i średni przedsiębiorcy a także najbiedniejsi. Po pierwsze to zrobi za opozycję PiS, po drugie, dopóki publicystyczna i polityczna młodzież nie uświadomi sobie, że szczególnie ci mali są prekariatem, który trzeba uwolnić od fiskalno-administracyjnych ciężarów, dopóty będzie trwało wyniszczające społecznie niszczenie polskiej przedsiębiorczości. Kiedy pleciecie, Drodzy Redaktorzy i Działacze o konieczności likwidacji umów śmieciowych, myślicie o gigantach, ale jedynymi, którzy odczują skutki tych uniesień będą mali i średni. To ci, którzy nie są często w stanie zapłacić podatków i kosztów pracy samych siebie. Skuteczna opozycja (czy to intelektualna czy polityczna) powinna uwzględnić te okoliczności. Jak dotychczas nie miało to miejsca.
Póki co poruszamy się w świecie spektaklu, gdzie niektórym z aktorów uda się zagrać dobrze, mimo kiepskich reżyserów. Dobrzy aktorzy to Mateusz Kijowski, Władysław Kosiniak-Kamysz, Robert Biedroń (póki co na drugim planie). Nieźli: Ryszard Petru, trzydziestolatkowie z PO, Barbara Nowacka. Jest też całą grupa aktorów, którzy – mimo iż zostali obrzuceni pomidorami – pchają się na scenę. Przez grzeczność nie będę ich wymieniał. Jeżeli, opozycjo, chcesz myśleć o sukcesie, musisz pozostawić im rolę statystów. Tam mogą się jeszcze przydać.
Ale przede wszystkim przygotuj się do roli intelektualnie. Trochę poczytaj. Nie trzeba zapewne rozumieć Hamleta, aby dobrze go zagrać. W polityce to jednak za mało. Waszym głównym hasłem, nie może być „demokracja”, a „Polska!”. Nie „prawo” a „obrona interesów”. Porzućcie pojawiające się gdzieniegdzie próby skompromitowanego języka liberalnej pogardy, pedagogiki wstydu. Porzućcie anachroniczną nowoczesność neoliberalizmu. Nowy świat, to świat walki nie tylko o Polskę, ale również o Ziemię. Demokracja i rynek w znanych nam kształtach umierają na naszych oczach. Musi się narodzić coś całkowicie nowego. Poszukajcie drogi połączenia wrażliwości z męstwem. Nie odrzucajcie i nie przekreślajcie narodowej wspólnoty. Przemyślcie problem uchodźców, który jest problemem ekologicznym (do tej pory traktowanym głównie jako okazja do wykazywania moralnych przewag nad masami) i który już niedługo powróci zwielokrotniony. Weźcie w obronę polską przyrodę. Zmiany, które nadchodzą, wymagają całkowicie nowych politycznych i społecznych idei. Póki co, chyba nic z tych rzeczy nie rozumiecie.
______________________
Cytaty: A. Leder, Prześniona rewolucja, Warszawa 2013. Psychoanalityczna perspektywa ujęcia Polski i polskości (jaką za darmo niejako oferuje nam Leder) nie wyczerpuje problemu triumfu „dobrej zmiany”, problemu niemocy dzisiejszej opozycji. Jest jednak osią, wokół której narastają inne problemy (tak Polski, jak opozycji). Czymś, czego zrozumienie jest warunkiem koniecznym mądrej odpowiedzi na konserwatywną rewolucję.
Co zdumiewa najbardziej, to że silne przecież ugrupowania polityczne, wzrastające w siłę ruchy społeczne, mimo znacznych środków finansowych, posiadania własnych think tanków i innych ośrodków intelektualnych, nie są w stanie uchwycić i opisać otaczającej rzeczywistości. W konsekwencji nie są w stanie wytworzyć jakiejkolwiek spójnej koncepcji politycznej. Myślę, że w takim rozumieniu sytuacji nie jestem sam. Jest dziś w Polsce pokaźna grupa wykształconych, doświadczonych ludzi, która z narastającym zażenowaniem, popierała od kilku już lat opcję mniejszego liberalnego zła, gwarantującego minimum demokracji i minimum państwa prawa. Dzisiaj zastanawia się, czy poprzeć ów opozycyjny chaos.
Między innymi dla nich, dla was i dla siebie pozwoliłem sobie na powyższe przemyślenia. Bez względu na to, kto i jak wiele razy wypowie je jeszcze w podobnej wersji, istnieje ryzyko graniczące z pewnością, że opozycja i tak rozmieni je na wyborcze targi o miejsca na listach. Miejsca, na których od lat politycy rozumiejący sytuację, znajdują się jedynie przypadkowo.
PS Już po napisaniu wpisu dowiedziałem się, że KOD zamierza powołać do życia swój think tank, na którego czele ma stanąć Władysław Frasyniuk. Przy całym szacunku i sympatii do ostatniego z wymienionych, puenta to wpisu pojawiła się sama.