
Boxster skończył właśnie 25 lat. Spyder nie jest specjalnym modelem jubileuszowym, ale mógłby nim być, bo jest jak urodziny, Dzień Dziecka i Gwiazdka w jednym.
REKLAMA
Dwumiejscowy roadster z centralnym silnikiem uratował markę ćwierć wieku temu i zdążył już odkleić od siebie łatkę „Porsche dla fryzjerów”. To zresztą było dawno i nieprawda, a Boxster/Cayman stał się wystarczająco dobry, by zacząć podjadać klientów z miseczki 911. Tak, że trzeba mu było skrócić smycz i wykastrować pozbawieniem dwóch cylindrów. Dobrze, że Porsche potrafi się przyznać do błędu i w topowych wersjach 718, oddaje mu teraz to, co zabrało. Z nawiązką.
Spyder to w istocie GT4 pozbawione dachu, więc wsadzili tu wszystko co mają najlepszego. Jest tortem na kilka okazji jednocześnie. Jego bazą jest podwozie z tego quasi-torowego Caymana. Zostało obniżone o 3 cm i daleko mu do sprężystości biszkoptu. To raczej twardy herbatnik, ale nie na tyle, by połamać na nim zęby i pogubić plomby.
Zabrałem go na Mazury. Kocham te kręte dróżki, ale niektóre są już dla tego auta zbyt nierówne. Gdy jest gładko, Spyder zmienia kierunek jak pająk na suficie, będąc przy tym totalnie neutralnym. Na wybojach... szybka jazda jest walką o przetrwanie. Mikropodskoki wymuszają bezustanne korekty toru jazdy, a koleiny są próbą sił – tych na kołach i tych w mięśniach kierowcy. Nie można się o to gniewać na Spydera, bo wypuszczenie go na polskie drogi, to jak zaproszenie na przyjęcie bez podania dress code`u. Najlepsze jest jednak to, że wcale go to nie dyskwalifikuje. Można nim swobodnie jeździć na co dzień, bez wykupionego abonamentu u fizjoterapeuty.
Po 300 kilometrach trasy wysiadam świeży jak poranek i duża w tym zasługa pseudo-wyścigowych kubełków. W seryjnym aucie chyba nie spotkałem foteli, które lepiej mi pasują. Są głębokie i twarde, a trzymają tak, że mógłbym odsiedzieć w nich dożywocie. Niewiele krócej trwa pochylanie ich oparć, bo – po wyścigowemu – robi się to z zestawem kluczy, najlepiej w zaciszu boksu, gdzieś w głębi pit lane...
Na zapleczu kabiny pasażerskiej dzieje się najwięcej. 4-litrowy bokser pochodzi z GT4, czyli bazuje na motorze z Carrery 992. Jego 6 przeciwsobnych tłoków przerabia wysokooktanową benzynę na 420 konie mechaniczne i tyle samo niutonometrów, w czasie krótszym niż zdążysz zdmuchnąć świeczki i pomyśleć życzenie. A jeśli marzenie dotyczy osiągów superauta, to Spyder spełnia je w 3,9 sekundy do pierwszej setki na liczniku, który zamyka podobno przy 301 km/h. Ale nie liczby są na torcie najważniejsze, prawda?
Spyder nie ma polepszaczy i sztucznych dodatków, smakuje wybornie analogowo. Miód na uszy petrolheada sączy się zza pleców. Wolnossący motor, z uwolnionym wydechem, brzmi gardłowo, raczej wysoko, niż basowo. Trochę jakby tankował gwoździe.
Każdy fizyczny kontakt z tym autem wzmaga przekonanie, że to wciąż maszyna, a nie urządzenie elektroniczne. Naciskając, kręcąc, ciągnąc czy pchając, musisz użyć konkretnej siły, tu nie da się niczego trącić przypadkiem. Nawet zmiana biegu w manualnym trybie superszybkiej dwusprzęgłówki PDK, przypomina przestawianie zwrotnicy kolejowej. Do tego hamulce, mam wrażenie, że ze zredukowanym wspomaganiem, potrzebują solidnego kopnięcia, ale w zamian odwdzięczają się milimetrową precyzją i fenomenalną skutecznością. Nie może być inaczej. W końcu pływające tarcze z opcjonalną ceramiką są większe niż koła niejednego sportowego wozu.
To auto dla świadomego nabywcy. Dlatego, podstarzali nuworysze, proszę nie kupujcie Spydera swoim młodym żonom. Szybko znienawidzą go za to, co pokochają entuzjaści motorsportu. Ich, przepraszam, nas nie rozdrażni ręcznie składany dach, silnik zagłuszający zupełnie niezłe audio Bose i utrata godności przy każdorazowym gramoleniu się z wyścigowego kubełka. Zamiast zjawiskowego lakieru Python Green (12 000 zł) raczej dopłacimy za rollbar i szelkowe pasy, a po powrocie z trackdaya ucieszymy średnim spalaniem poniżej 10/100, przy normalnej jeździe bez szaleństw.
GT4 bez dachu? Owszem. I to z przydatnością do codziennego spożycia. Tak, by mieć ciastko w tygodniu i zjadać je w weekendy na torze.
GT4 bez dachu? Owszem. I to z przydatnością do codziennego spożycia. Tak, by mieć ciastko w tygodniu i zjadać je w weekendy na torze.
