Nasi politycy, nie szczędzący sobie razów, złośliwości i szyderstw, politycy byli i obecni, mogą się uczyć klasy. Nie trzeba do tego żadnych podręczników. Mogą się jej uczyć od amerykańskich prezydentów i - tak, tak - byłych polskich piłkarzy.
REKLAMA
W środę Robert Lewandowski podbił futbolowy świat. Ktoś mógłby powiedzieć, że zepchnął tym samym w cień sukcesy naszych dawniejszych piłkarzy na międzynarodowych arenach. A skoro tak, podejrzewałby ktoś, to może będą oni próbowali relatywizować sukces Lewandowskiego, że niby fajnie, ale to jeden mecz, zobaczymy co dalej i.t.d, i.t.p. Nic takiego nie nastąpiło.
Przeciwnie. Zachwyt Lewandowskim wyraził Zbigniew Boniek, oddając mu nieformalny tytuł "piękność nocy" (Boniek fantastycznie grał głównie w rozgrywanych wieczorami meczach europejskich pucharów, czym większa stawka tym lepiej). Podobnie Jan Tomaszewski. Nie mówił, że spokojnie, ale Lewandowski nic nie wygrał z reprezentacją. Przeciwnie, powiedział, że Lewandowski to klasa światowa. Mniej więcej to samo mówił Jan Urban, który jako piłkarz Osasuny sam strzelił Realowi trzy gole w jednym meczu. Krótko mówiąc panowie zachowali się z klasą, jak na starych mistrzów przystało.
Pełna klasy była też czwartkowa uroczystość otwarcia w Dallas biblioteki George'a Busha juniora. Obama i Carter, Clinton i Bush senior. W wystąpieniach szczególnie Clintona i Obamy, padło pod adresem Busha juniora wiele słów pełnych szacunku i budzących wzruszenia. Co z tego, że Clinton został prezydentem walcząc z Bushem seniorem, Bush junior prowadził kampanię na kontrze do prezydentury Clintona, Obama z kolei obiecywał zerwanie z epoką Busha. Naprawdę cała masa rzeczy tych polityków dzieliła, w kilku przypadkach tryumf jednych był klęską drugich. A jednak mają dla siebie prawdziwy szacunek, okazują sobie gesty nie będące kurtuazją. A nawet gdyby, to przecież też nic złego. To znaczy, że Amerykanie tego od nich oczekują, a oni - choćby nie chcąc, choć chcą - do tych oczekiwań się stosują.
To teraz spójrzmy na nasze podwórko polityczne. Kiepsko to wygląda. Kuksańce, złośliwości, małość. A przecież Kwaśniewski czy Tusk, Miller czy Kaczyński, znowu poza całą masą różnic między nimi, powinni odczuwać pewną wspólnotę. Wiedzą jak trudno jest rządzić, wiedzą jakim brzemieniem jest władza. Widzą jednak w politycznym oponencie głównie polityka. Prezydent Obama powiedział wczoraj, że "George Bush junior to dobry człowiek", człowiek, który dobrze się czuje w swojej skórze, który niczego nie udaje. Clinton mówił o szczerych rozmowach z młodym Bushem prowadzonych w czasach, gdy nie był już prezydentem. Nawiasem mówiąc, Clinton tak bardzo zbliżył się do rodziny Bushów, że niektórzy zaczęli go traktować jak członka klanu. Czyli można dostrzec w rywalu człowieka, nawet w Ameryce, gdzie podziały polityczne są tak głębokie jak u nas, a polityczna walka często nawet bardziej brutalna.
Czy u nas byłoby to możliwe? Przecież wiemy, że nie. Ale skoro mogą Boniek i Tomaszewski oraz Obama i Clinton, to dlaczego nie mogą byli i obecni polscy prezydenci, byli i obecni polscy premierzy? Prezydent Komorowski chce by drugi i trzeci maja były obchodzone w nastroju wspólnoty. I bardzo dobrze. Dobry to czas na ładne gesty. Mam nadzieję, że prezydent skorzysta z okazji by podkreślić zasługi poprzedników, prezydentów i premierów, a najlepiej wymienić ich z imienia i nazwiska. Znamy te imiona i te nazwiska, ale mogłyby one z ust prezydenta paść właśnie w takim dniu i w takim kontekście.
Ktoś może powie, że takie dusery i miłe słowa byłyby sztuczne. Nie uważam. Przeciwnie, sądzę, że naprawdę przydałoby się Polsce sporo takiej "sztuczności".
