W naruszającym Konstytucję i europejskie konwencje trybie zapadają wyroki, z których wynika, że władzy w Polsce krytykować nie wolno. Co to ma wspólnego z demokracją?

REKLAMA
Kodeks wyborczy, ale także ustawa o referendum lokalnym zawierają przepis, który umożliwia kandydatowi w wyborach lub odwoływanemu w referendum burmistrzowi, radnemu itp. pozywanie bez żadnych dla siebie konsekwencji do sądu dowolnej osoby, która nieopatrznie ośmieli się go skrytykować. Wydawane jednoosobowo, w trybie ekspresowym (zwykle tego samego dnia) przez sąd okręgowy wyroki, stanowią często parodię wymiaru sprawiedliwości. Pozwany nie ma w praktyce możliwości obrony - nie ma jak odpowiedzieć w ciągu nocy na kilkustronicowy pozew (a nawet czasem jak wydrukować tej odpowiedzi), nie ma gdzie znaleźć obrońcy. Od wyroku i orzeczenia zapłaty nawet 100 000 zł "odszkodowania" przysługuje apelacja. Problem w tym, że na jej złożenie jest tylko kilka godzin. Czemu służy ta farsa, nie mająca nic wspólnego nawet z lokalnymi standardami wymiaru sprawiedliwości? W praktyce jedynie obronie "ludzi władzy" przed krytyką w kampanii wyborczej.

Moje procesy wyborcze
Ponieważ prowadzę blogi, na których otwarcie mówię o nadużyciach władzy, uczestniczyłem już 5-krotnie w procesach wyborczych w roli strony pozwanej. W kampanii do parlamentu 2011 roku pozywał mnie 3-krotnie przewodniczący lokalnej Platformy Obywatelskiej Stanisław Kotarba. Pozwami mnie nękał, pozywając dzień po dniu. Zostałem zmuszony do zawarcia ugody sądowej, gdyż kandydat przedstawił w sądzie swój nowy życiorys, z którego wynikało, że ma niezwykłe zasługi dla opozycji, o których przez dwie dekady nie pamiętał. Za drugim razem zostałem skazany za rozwieszanie plakatów dotyczących pikiety lokalnej przeciwko burmistrz, ale na plakacie pojawił się drut kolczasty (logo naszego stowarzyszenia) oraz wizerunek kandydata PO (rzecznika burmistrz). Choć nie był podpisany, sąd w dwóch instancjach uznał, że grafika plakatu jest informacją wymagającą sprostowania (formalnie tryb wyborczy dotyczy prostowania informacji nieprawdziwej - w praktyce sędziowie nie rozumieją, albo nie chcą rozumieć, ani znaczenia terminu "informacja", ani terminu "nieprawdziwy"). Sąd ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że agitacją jest wszystko, co może być przez kogoś za agitację uznane! Wszelkie racjonalne argumenty i orzeczenia odrzucił, powołując się na jeden artykuł z Przeglądu Sejmowego, w którym ten bzdurny pogląd (bez uzasadnienia) sformułowano. W kampanii wyborczej najlepiej więc ukryć się w piwnicy i czekać jej końca. Sprawę oddałem do Trybunału Konstytucyjnego (bez większych sukcesów, bo niestety sędziowie trybunału zajmują się wyłącznie sprawami przesyłanymi im przez polityków - którzy zresztą decydują o ich wyborze na to stanowisko - o sprawie jeszcze napiszę niebawem). Rozstrzyga ją również Europejski Trybunał Praw Człowieka.
Dopiero za trzecim razem wygrałem z Kotarbą, który zarzucał mi, że nazywam partię rządzącą "mafią", a na swoim blogu publikuję jego "brzydkie zdjęcie". Wygrana była wynikiem wyłącznie tego, że w Sądzie Okręgowym w Krakowie zorganizowałem demonstrację przeciwko bezprawiu, jakiego dopuszcza się wymiar sprawiedliwości. Wówczas kierownictwo sądu błyskawicznie poszło po rozum do głowy i zaczęło idiotyczne pozwy przeciwko mnie wyrzucać do kosza. Kotarba sam został też pozwany aż dwukrotnie - za każdym razem sąd jednak go od zarzutów uwalniał. Politykowi "partii rządzącej" kandydującemu do Sejmu włos z głowy nie mógł spaść.
Krytyka władzy jest zakazana

Obecnie pozywany jestem w związku z referendum, jakie zorganizowaliśmy w Wadowicach, gdzie odwołujemy lokalne władze. Władze te posuwają się do metod totalitarnych, aby zapewnić sobie ciągłość i nienaruszalność. Nie brakuje oszczerstw i rękoczynów. To, że urzędnicy i radni usuwają oraz niszczą nasze plakaty o referendum, nikogo nie dziwi. Policja, która ma je chronić, asystuje w ich usuwaniu i będzie nas karać, za ich wywieszenie na gminnych tablicach.
Próbowaliśmy wysłać do mieszkańców list, gdzie dzielimy się naszymi odczuciami na temat lokalnego samorządu - sięgającego do gróźb i rękoczynów. Częścią listu jest również spis obwodowych komisji do głosowania oraz wzory kart. Właśnie dlatego, grająca na niską frekwencję burmistrz, postanowiła zrobić wszystko, aby przesyłka nie została przez Pocztę doręczona. Zostaliśmy więc ponownie pozwani w trybie wyborczym, a pretekstem stało się zdanie, w którym mowa, że "czujemy się przez władzę zastraszani, bowiem na co dzień posuwa się ona do oszczerstw i rękoczynów." Władza w osobie burmistrz zażądała sprostowania, że ona osobiście nie posuwa się do oszczerstw i rękoczynów.
Sąd bez żadnej refleksji uznał, że wyrazy "władza lokalna" czy "lokalny samorząd" są tożsame znaczeniowo z "burmistrz". Uznał również, że rękoczyny, jakich dopuszczają się najbliżsi współpracownicy burmistrz, działający w jej imieniu i za jej aprobatą, nie są rękoczynami burmistrz. To pozwoliło zatrzymać nakład ulotek na Poczcie w ramach zabezpieczenia roszczenia.
Wyrok, który dzisiaj zapadnie, ma doniosłe konsekwencje. Jeżeli zostanie podtrzymany, oznacza, że niemożliwa (a przynajmniej niebezpieczna z uwagi na konsekwencje) jest jakakolwiek krytyka władzy w czasie kampanii wyborczej czy referendalnej. Argument jest bardzo prosty, ale najwyraźniej sędziowie nie są go świadomi. Jeżeli słuszność ma burmistrz, że krytyka władzy dotyczy osobiście jej, to właściwie każdy uczestnik "władzy" ma roszczenie, że to nie on osobiście dopuszcza się czynów będących przedmiotem krytyki. A zatem, krytyka "władzy" (jest to nazwa ogólna) jest z definicji niemożliwa - można krytykować tylko konkretne osoby i w zdaniach krytyki używać jedynie nazw indywiduowych. Takie rozstrzygnięcie stanowi nic innego, jak sądowe ograniczenie wolności słowa ponad wszelką przyjmowaną w demokracji miarę.
Gdy zapytałem sędziego wprost, czy nie widzi problemu w orzekaniu sprostowania prawdziwego zdania ogólnego i redukowaniu go na skutek powództwa do stwierdzenia indywidualnego, pasującego pozywającemu w kontekście celów jego roszczenia (tłumienie krytyki, represjonowanie krytyków), sędzia odpowiedział, że nie każdy jest doktorem prawa, a sędziowie muszą dostosować się do sposobu rozumienia zdań przez "przeciętnego człowieka". Jakoś dziwnym trafem ten "przeciętny człowiek" zawsze rozumie zdania tak, jak "człowiek władzy" pozywający cię do sądu.
Niniejszym, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przestrzec was wszystkich przed krytyką zachowań ludzi u sterów państwa i prawa oraz napisać, że zdaniem sądu "papieski samorząd" w Wadowicach nie dopuszcza się oszczerstw, gróźb i rękoczynów. Nawet jeżeli z załączonych filmów może wynikać coś innego...
Ps. Swoją drogą, ciekawy temat stanowi próba prześledzenia źródeł doktryny "rozumienia przeciętnego człowieka". Jak często sądy w Polsce stają na stanowisku, że zdanie należy rozumieć nie tak, jak ono znaczy, ale tak, jak rozumieć je może "przeciętny człowiek"?