Antoni Macierewicz
Antoni Macierewicz Fot . Marcin Stepien / Agencja Gazeta

Szanowany Profesor, szef komisji etyki nauki Polskiej Akademii Nauk Andrzej Zoll, w wywiadzie dla GW mówił słusznie, że trzeba było wcześniej prostować to co mówią „uczeni smoleńscy”. Jednak gdy słyszę, że coś „trzeba zrobić” zawsze wspominam swoją teściową, bo gdy zdarzyła się jakaś awaria, mówiła, że „trzeba naprawić” co znaczyło, że to my musimy się tym zająć. W przypadku komisji etyki nauki PAN, sprawa wygląda tak, że nie było tych, którzy rozumieli, że „trzeba”. Dopiero po przyznaniu się smoleńszczaka z komisji Macierewicza do tego, że blefował, bawił się wprowadzając w błąd dziennikarza z TVP, ktoś się przebudził.

REKLAMA
Bo wzbijanie kurzu w makabrycznym tańcu na prochach 96 osób nie mieści się mimo wszystko w naszym, co prawda nadwyrężonym, jednak nie do tego stopnia kodeksie etycznym.
Premier Donald Tusk pytany dlaczego rząd nie prostuje tych „smoleńskich faktów” komisji Macierewicza odpowiedział, że Polacy są rozsądni i sami wyciągną z tego wnioski. Nie wyciągnęli. Potem PO „olała” komisję i zajęła się wewnętrzną walką o to, żeby szefowi nikt nie podskoczył, czyli o jego absolutne przywództwo, wykrwawiając się stopniowo jak kaczka na czerninę. Pisałam już kiedyś, że na każdą konferencję prasową Macierewicza powinna być organizowana kontr-konferencja, na każdą „profesorską” wypowiedź jego człowieka, wypowiedź fachowca z dziedziny katastrof lotniczych.
Niestety przez prawie dwa lata PO zostawiła w tym względzie wolne pole, po którym wokół brzozy hulały wichry Antoniego M, roznosząc swoje rewelacje. Komisja Laska została podana jak musztarda, już po obiedzie, choć dobre i to. Wysokie poparcie PiS wzięło się z braku dementi, jeśli nie podaje się faktów, to co słabsze umysły zaczynają wierzyć w paranoję.
Antoni M. został w nagrodę funkcyjnym, prezes przedstawił jego nominację jako równoległą do minister Bieńkowskiej. Rzeczywiście jest to jakieś dopełnienie. Bieńkowska reprezentuje rozum, Macierewicz emocje. W demokracji każdy ma wybór. Prezes natomiast wyboru nie miał, bez względu na to jak ocenia Antoniego - przecież chowa go w kącie, jeśli chce przyciągnąć trochę elektoratu centrowego - albo wysyła z występami do Ameryki, gdzie Polonia buli za bilety po kilkanaście dolców, żeby zobaczyć wyciąganie zakrwawionych królików ze smoleńskiego cylindra. Prezes musiał nagrodzić Macierewicza, bo bez niego PiS straciłby ze 20% poparcia.
Czy nie można było wcześniej zastosować tej metody, którą widzieliśmy kilka dni temu? Prezes Kaczyński walił w nową minister Bieńkowską cepem, a PO na każdy cios natychmiast odpowiadała w Internecie. Prostowano prezesowskie kłamstewka ad hoc, na zasadzie, że to nie ona ukradła rower, ale jej ukradziono. Gdyby tę metodę zastosowano dwa lata temu w sprawie katastrofy, nie byłoby narodowego pęknięcia.
Podejrzewam, że PiS będzie musiał utrzymywać tę szczelinę aż do wyborów.
Ciekawi mnie pewna sprawa związana z podsłuchami. Wiemy już z pewnością, po ujawnieniu faktów przez Edwarda Snowdena, że NSA szpiegował internautów. Szybko okazało się, że nie tylko nasz – nomen omen - Wielki Brat, czyli amerykański przyjaciel, który zastąpił poprzedniego, podsłuchuje wszystko co się rusza. Merkelowa się zdrowo wkurzyła. Niektórych w naszym kraju złości to, że nas zbytnio nie podsłuchiwano, bo to by znaczyło, że jesteśmy mało ważni.
Czy to możliwe, żeby nasz Wielki Brat amerykański nie dysponował podsłuchami rozmów z dnia katastrofy w Smoleńsku, gdy na wyprawę wyruszała taka niesamowita ekipa ludzi? Niemożliwe! Przecież wiemy, że bracia Kaczyńscy rozmawiali ze sobą. Czy były wywierane naciski przez ambitniejszego bliźniaka, który został w kraju z mamą, na mniej ambitnego siedzącego w samolocie? NSA musi to mieć w swoich archiwach! Ciekawe na co czekają z ujawnieniem. Jak myślicie, czy rzucą swoje podsłuchowe rewelacje tuż przed wyborami, gdy PiS będzie miał 42% poparcia? A może dopiero wtedy, gdy wygra? Pożyjemy, zobaczymy. Może nam pomoże pan Snowden, ujawni co ma jeszcze w zanadrzu?