„Wysoki Sejmie, Panie i Panowie Posłowie, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej!” Na salę sejmową wchodzi Prezydent Komorowski, wszyscy wstają, prawica i lewica bije brawo, prezydent rozpoczyna przemówienie, mówi o tym, że Polska jako jedyny kraj Unii Europejskiej przeszła kryzys finansowy bez spadku produktu narodowego brutto, lider opozycji czasem bije brawo, czasem nie, ale wszyscy, bez względu na różnice polityczne, manifestują swą lojalność wobec gry demokratycznej…
REKLAMA
Coś mi się pomyliło? No tak, wczoraj obejrzałem na żywo transmisję z Orędzia o Stanie Unii, a więc nie Prezydent Komorowski, ale Prezydent Obama, nie Sejm RP, ale Kongres USA, itd. itp..
Dlaczego oni mogą a my nie? Przecież nie dlatego, że Stany są jakimś bardziej autorytarnym, bardziej propaństwowym społeczeństwem, więc wszyscy skupiają się wobec władzy. Jest na odwrót: nie ma kraju, w którym nieufność wobec władzy jest tak silnie wpisana w cały system prawny i polityczny, jak w USA. Cała filozofia wolności słowa, prasy i stowarzyszeń opiera się na tym, że władzy ufać nie należy. Ale inny jest charakter podziałów politycznych. W USA mają one charakter niezgody na środki, podejmowane dla realizacji konstytucyjnie dopuszczalnych celów, ale nie ma fundamentalnego zaprzeczenia prawowitości władzy. Czyli jest to najnormalniejsza w świecie różnica poglądów w systemie demokratycznym.
U nas –inaczej. PiS-owska negacja nie jest podważeniem celowości albo skuteczności przedsięwzięć władzy, ale prawowitości władzy jako takiej. Naburmuszenie i nadąsanie opozycji prawicowej nie pozwala jej na zachowanie podobne opozycji konserwatywnej wobec Prezydenta USA, bo przecież z „uzurpatorami”, mającymi krew Brata na rękach, nie rozmawia się. Jest się więc zwolnionym z normalnej kontroli poczynań władzy – czegoś, co wymaga wiedzy i wysiłku, ale wystarczy powtarzać insynuacje i ponure zaklęcia.
W USA są też ugrupowania, odmawiające legitymacji Prezydentowi i obecnej administracji. Ale jest to folklor, nie traktowany przez nikogo poważnie, bujający się daleko na marginesach polityki: jacyś separacjoniści w Vermont, jakieś pospolite ruszenie w Idaho, jacyś wariaci od śledzenia rządu światowego. A u nas największa partia opozycyjna zachowuje się tak, jak amerykański folklor z Teksasu czy innego Kentucky. A w środku systemu politycznego – tam, gdzie powinna być normalna opozycja, jest próżnia.
Tej dysfunkcjonalności sytemu politycznego odpowiada też – i wzmacnia ją – aberracja publicystyki politycznej. W USA istnieje poważna, mądra publicystyka prawicowa: Wall Street Journal na przykład. A nas są frustraci z prawicowych portali, radiostacji i gazetek, sączący w opinię publiczną idiotyzm smoleński. I jacyś księża-obsesjonaci, walczący z genderem, rozchwytywani przez stacje telewizyjne i odmawiający z powagą swe nienawistne brednie o seksie, także w Sejmie RP.
Tym różni się Polska od USA, Sejm od Kongresu a PiS od Partii Republikańskiej.
