REKLAMA
Pojawiają się na listach znikąd. Nagle i niespodziewanie. Jedni nazywają ich – „spadochroniarzami”. Drudzy – „ludźmi z teczki” albo „rzuconymi na odcinek”. Partyjni wieczni wędrowcy. Ahaswerowie naszych czasów. Gdy tylko znajdą się na liście natychmiast słyszymy, jakim to sukcesem było skaperowanie tych Wiecznych Tułaczy. Ile dni i nocy trzeba było prześlęczeć. Ile pucharów opróżnić, by ich przekonać. Judaszowe srebrniki? Broń Boże – przecież oni sami niczego nie chcieli. Przysięgają na wszystkie świętości i klną się na Boga, że nie pchali się na listy. Myślą jedynie o dobru matki naszej – ojczyzny. I w ogóle żyją na tym ziemskim padole tylko dla publicznej posługi. Perły rzucone przed wieprze.
Ktoś kiedyś użył mylącego słowa„transfer”. Przyjęło się i teraz hasa po mediach – razem z tymi harcownikami zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Wolny rynek partyjnej nielojalności. Słowo „transfer” jednak ma się nijak do tych tytanów wartości. Może dotyczyć świetnego kopacza futbolówki, ale nie wyrobników politycznych rozgrywek. To męczennicy jednej wiary – we wszechmogące politykierskie cwaniactwo. Mnisi – prawdziwy wędrowny zakon – w poszukiwaniu sensu swojej egzystencji. W wiecznej wędrówce do partyjnej ziemi obiecanej. Ta jest tam, gdzie można jeszcze zdobyć jakiś łup. Napełnić szkatuły złotymi luidorami. W głębi duszy wiedzą, że nie dotrą do niej nigdy, bo ich krucjata nie stoi na żadnych wartościach. To pochód z wypisanymi na chorągwiach pustymi hasłami. Partyjny Wieczny Tułacz tuła się bez końca – aż po kres swoich dni. To nie on obraca kołem historii.
Ciągle w żmudnej pielgrzymce przez kolejne kadencje i partie. Czas zaciera sens najprostszych słów – lojalność, uczciwość, przyzwoitość, godność czy honor. Przestają one cokolwiek znaczyć. Brzmią pusto. Albo – nie brzmią wcale. Bo często w ogóle się ich nie wymawia, aby nie zakłócić ciszy politycznej modlitwy do nowych bogów.
Oberżysta, który w przydrożnej oberży udziela gościny tym umęczonym trudem szlaku wędrowcom mówi, że nareszcie jest ukontentowany. Że cieszy go, iż zebrał tak zacną i barwną drużynę – niewiernych byłym panom giermków. Każdy z innymi poglądami na wszystkich i wszystko. Miszmasz przekonań, ale jeden cel – podbić swoją krucjatą Europę. Żadnych – jak pisał Herbert – „chrząstek sumienia”. Drużyna nie musi być spójna, ale ma być wierna i trwała. Jak żelazna podkowa na końskim kopycie. Sławić oberżystę teraz i na wieki, bo dzięki niemu zyskuje obietnicę dotarcia do złotego brzegu.
Nadzieja w tym, że lud wyborczy odeśle tych partyjnych tułaczy tam, gdzie ich miejsce. Na śmietnik zapomnianych przez historię krucjat.
