Poranna podróż do Czarnkowa na północy Wielkopolski daje szansę zapoznania się z poniedziałkową dawką publicystyki rządowej. Podstępni dziennikarze atakowali przedstawicieli rządu pytaniem – co się stało, że premier tak nagle zdecydował się dołączyć do grona kanonizacyjnych pielgrzymów? Niektórzy śmiali się, że tak wyszło z przeprowadzonych naprędce badań, ale oficjalnie przygotowana przez Grasia i Kidawę-Błońską odpowiedź brzmiała: Premier z zatroskaniem i uwagą śledził kryzys na Ukrainie i dlatego dopiero w ostatniej chwili uznał, że może jechać, bo sytuacja mu na to pozwoliła.

REKLAMA
Powszechnie wiadomo, że akurat tego dnia miało miejsce dramatyczne przesilenie, jeśli chodzi o porwanych obserwatorów. Upodlonych i zastraszonych ludzi pokazano wtedy światu. Jak widać ta właśnie okoliczność pozwoliła premierowi uspokoić nerwy i pogrążyć się w modlitewnej zadumie na placu św. Piotra.
Ktoś w ekipie Donalda Tuska w tej sprawie przelicytował. Można było nic nie mówić, bo przytoczony oficjalnie powód jest wyjątkowo głupi i arogancki.
I jeszcze jedno. Skoro porywacze polskiego obywatela pokazali swoje twarze i ujawnili nazwiska, prokuratura winna natychmiast wszcząć postępowanie, zwrócić się o wystawienie międzynarodowego listu gończego i przynajmniej w ten sposób zareagować.