W konflikcie rosyjsko ukraińskim na razie górą są... Niemcy. I może budziłoby to historyczny (i nie tylko) niesmak, gdyby w ślad za nimi nie stąpali po grząskim gruncie polityki russian friendly Francuzi i Brytyjczycy. Czyli ci wszyscy, którzy mają najwięcej do stracenia na zamrożeniu stosunków z Rosją, ale którzy najgłośniej wrzeszczą o łamaniu praw człowieka na Ukrainie przez rosyjskich najeźdźców, o kremlowskiej propagandzie i rosyjskich najemnikach z GRU. Pusty jazgot oburzenia odgłosem cywilizacji europejskiej XXI wieku, ale strumień eurorubli nie wysycha w cieniu tych gorących dyskusji. Pani Merkel prowadzi sprawdzoną historycznie politykę podawania sobie ręki z kremlowskimi włodarzami ponad geograficznymi podziałami. A Brytyjczycy i Francuzi... ich przypadek też potwierdza, że historia lubi się powtarzać. Na przykład co 75 lat. I podobnie jak wtedy aliancka obłuda sięga zenitu.

REKLAMA

„Zenitki“ separatystów oraz ich „Igły“ (samobieżne i i ręczne wyrzutnie przeciwlotnicze radzieckiej i rosyjskiej produkcji) sięgają natomiast śmigłowców (też poradzieckich) ukraińskich antyterrorystów, wspieranych z ziemi przez oddziały antyterrorystycznej piechoty na amerykańskich hummerach. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, kto tu w tej maszynce do mięsa w imię czego walczy i czym dowodzi. Obrazki z tzw. ukrytego frontu robią wrażenie - to jasne: gdzie krew i łzy, w dodatku strzały i ogień, tam rosnące jak na drożdżach słupki oglądalności. Telewizje emitują więc w kółko te same kadry. Nieważne, że obrazki ze Słowiańska sprzedawane są z powodzeniem jako kadry z Kramatorska lub innych miejscowości, gdzie podobno trwają walki. Nieważne, że te zdjęcia się dublują, że pokazują jedno i to samo wydarzenie z różnych stron jako obrazki z różnych miejsc. To samo dotyczy komentarzy: co z tego, że w jednej miejscowości nie ma wieży telewizyjnej o którą podobno trwają zaciekłe walki a w drugiej na próżno by szukać obwodowej prokuratury, która właśnie jest tam jakoby odbijana z tych czy innych rąk.

Ważne, że się dzieje i że słupki rosną. Hura. A to daje pole do popisu takim „otumanionym pismakom i pseudospecjalistom“ (cytaty z forów) jak niżej podpisany. Wygadywać i wypisywać mogą wszystko, co im tylko fantazja na język przyniesie. Że przy okazji zyska się miano agenta wpływu Moskwy i zostanie wciągniętym na szubienicę z listą ruskiej piątej kolumny dziennikarskiej w takiej czy innej „Frondzie“ – już nie ma znaczenia. Nieważne jak piszą – ważne że piszą, prawda ? Więc na stronę wygranych pora wnieść i swoje nazwisko. Hura. Szkoda tylko, że nie idzie to w parze z milionami eurorubli, jakie dostaje na przykład Siemens czy osobiście Gerhard Schroeder za swoją kolaboracyjną politykę wobec Rosji. Chociaż... i dziennikarze za swoją lojalność dostają bonusy (może: bony). Na razie dotyczy to tylko rodzimych „300“ i to bynajmniej nie Spartan – raczej obrzydliwie uległych i podleglych wlezieńców koniunkturalnych, takich jak pan Dmitrij Kisieliow, jeden z popularniejszych, niestety, dziennikarzy telewizyjnych w Rosji. Może więc „czarna lista“ Frondy zostanie także nagrodzona...? Nadzieja umiera ostatnia więc pora wrócić do tematu i nie szydzić z cudzego nieszczęścia.

Bo ludziom w obwodach donieckim i ługańskim na pewno nie jest do śmiechu. To my zbyt często ośmieszamy się naszym podejściem do tego konfliktu, niewiedzą, brakiem doświadczenia. Tam, jak na każdej wojnie, świat jest dwubarwny: są oni i my. Oni do nas strzelają – my nie pozostajemy im dłużni.

My, czyli rosyjskojęzyczna brać ukraińska, zagrzewana do walki przez rosyjskich speców od propagandy, nie mówiąca w żadnym innym (ani mentalnie ani werbalnie) języku niż Kreml i dająca sobą powodować. Ze strachu przed nacjonalistycznym demonem z Kijowa, który pozbawi ich ukochanej mowy a dzieci przyszłości, który zacznie wprowadzać swoje europejskie porządki w miejsce postsowieckiego i jakże rosyjskiego „bardaku“ (bałaganu), który wywróci ich świat do góry nogami. Oni - czyli czarna sotnia prawego sektora, spadkobiercy Bandery i band UPA, nacjonaliści i faszyści, finansowani przez Zachód i szkoleni przez polskich asów wywiadu.

Albo inaczej: My – czyli wykształceni, oświeceni europejczycy, starający się dotrzeć ze swymi ideami demokracji, wolności i sprawiedliwości do zindoktrynizowanych mieszkańców zacofanego cywilizacyjnie, wschodnioukraińskiego siedmiogrodu, My - walczący w imię europejskiej rodziny cywilizowanych narodów. I Oni – finansowani i organizowani przez kremlowskie Imperium terroryści, agenci GRU i służb specjalnych rodem z Łubianki, pachołki Putina.

Sprawdźcie zależność punktu widzenia od punktu siedzenia: z powyższych 2 akapitów wybierzcie ten właściwy dla swej optyki, spojrzyjcie na mapę i powiedzcie, gdzie jesteście. I wszystko jasne. Wygrywa ten, kto jest po stronie „My“.

Bo ci, którzy organizują bankiety dla miliarderów i oligarchów w centrum Kijowa zawsze są na stronie „My“. Teraz My – to Majdan i jego pokłosie. Ale dla tych, którzy w blasku ognia ulicznych walk piją w centrum ukraińskiej stolicy szampana z kawiorem, Majdan i i cała eurorewolucja to powrót do oligarchicznej Republiki sprzed 2010 roku. To jest ich zwycięstwo. Zwycięstwo, które w dodatku pozwoliło w białych rękawiczkach pozbyć się największej konkurentki do majątku narodowego, czyli Julii Timoszenko. Krym, Wschód Ukrainy – to mięso armatnie. Sankcje wizowe i blokady bankowe dla rosyjskich biznesmenów i multibogatych doradców Putina to dodatkowe punkty – bo teraz to ukraińscy oligarchowie, ubrani w euroszaty, po cichu będą przejmować zablokowane interesy kolegów ze Wschodu, często w porozumieniu z nimi. Coś za coś: Rosjanie albo stracą wszystko albo się podzielą z ukraińskimi kolegami, mającymi teraz na Zachodzie swoje pięć minut i miliardy dolarów na godzinę. Z takiego pociągu się nie wysiada i nie daje się wyrzucić. To tylko kwestia klasy – teraz rosyjscy miliarderzy spod gwiazdy Putina będą musieli chwilę pojechać drugą klasą, ale wiadomo, że nie potrwa to wiecznie. Niestabilność kraju jest więc ukraińskiej oligarchii jak najdłuzej na rękę – potem będą musieli odejść od okien i ustąpić powracającym kolegom ze Wschodu. Nie ta klasa. Majątkowa.

Największym wygranym pozostanie, oczywiście Putin. Jego popularność wciąż rośnie, mimo obaw Rosjan przed wybuchem wojny z Ukrainą - już 70% obywateli ze strachem mówi o sytuacji na Wschodzie Ukrainy. Gospodarka, mimo wahnięcia kursu rubla, jest jednak stabilna a Kreml szybko uniezależnia się od Zachodu, tworząc nawet własne systemy bankowe. Kto z Rosją interesy robił, robić je będzie, więc tutaj też ryzyka nie ma. A ceny na surowce energetyczne jeszcze długo będą na topie, więc i rosyjska ekonomika mieć się będzie wspaniale. Gdy ten zamek z gazonafty runie, Rosjanie dopiero wówczas dostrzegą tzw. gliniane nogi, na których stał kolos. A raczej to, co go przypominało: czyli ubrane w propagandowe fatałaszki potężne rusztowanie. Pod którym nie ma nic – bo nigdy niczego, oprócz słów, nie było. Ale to długa droga, Putin tego nie doczeka, więc może już planować szczęśliwy urlop na swoim nowym super jachcie, zakotwiczonym we Włoszech. Oczywiście z nową nałożnicą, Alioną – ona też nie dostała zakazu wjazdu do UE.

Na razie wszyscy coś zyskują. Nawet Polska, w postaci iluzorycznych gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA. Nie zyskają niczego tylko ludzie, rzuceni między Nich i Nas. To oni są największymi przegranymi. Oni giną, tracą domy, mienie. Tracą wiarę. Nadzieję. Ale są jak mech: trudno go podpalić, ale raz skąpany w ogniu tlić się może jeszcze latami. Warto, aby pamiętali o tym zarówno wszyscy My jak i Oni. Bo historia lubi się powtarzać...