- Nie mogę pani męża położyć u siebie na oddziale, bo mi, za przeproszeniem, zasyfi cały szpital – powiedział z rozbrajającą szczerością doktor oddziału ratunkowego kierując Tubylca do szpitala zakaźnego. - Póki co, bez przeproszenia, to szpital zasyfił mi męża - odparowałam i do dziś sama się sobie dziwię, że mnie nie zatkało na takie dictum! Ale po kolei...

REKLAMA

Z początkiem kwietnia Tubylec pomyślnie przeszedł dłuuugo wyczekiwaną operację ortopedyczną. Już go „pionizowali” w szpitalu, co zresztą robi się teraz dobę po zabiegu, gdy do prawdziwego pionu postawiła biedaka ostra biegunka! Ki diabeł? - zastanawialiśmy się, uniewinniając szybko niewyszukane menu szpitalne, bo współlokator z sali jadł to samo, a nic mu nie było. Dodajmy, że głowiliśmy się my – to znaczy pacjent z rodziną, bo personel medyczny – owszem – zadziałał skutecznie, lecz przyczyn nie dociekał. Tym bardziej, że problem wyglądał na zażegnany.

Nic bardziej mylnego! Już nazajutrz po powrocie do domu Tubylec rozpoczął nierówną walkę z choróbskiem. - Najpewniej z grypą jelitową – domniemywał przeszukując internet, gdy jeszcze nie powaliła go wysoka gorączka. Bo początkowo podwyższonej temperatury nie miał. Nie brakowało mu za to determinacji w dochodzeniu do zdrowia – wszak czekała rehabilitacja! Były więc skonsultowane w aptece leki, było mocne nawadnianie oraz uzupełnianie elektrolitów. Mnie niepokoiło jednak, że jak na grypę żołądkową, coś za długo to trwa. No i ta skacząca gorączka! Zawiozłam Tubylca do lekarza pierwszego kontaktu – starszego, doświadczonego doktora. Musi być doświadczony, skoro bez badania (intuicyjnie?) potwierdził tzw. jelitówkę! Pochwaliwszy sposób postępowania, zmodyfikował jednak leczenie i wypisał receptę. A my uspokojeni podjęliśmy dalszą kurację.

Tak zastała nas Wielkanoc. I choć Tubylcowi polepszyło się, to nie na tyle, żeby rodzinnie zasiąść do świątecznego stołu. Nie pojadłby biedak, a jeszcze Rozalkę, która pod sercem nosi Ludzika mógłby na chorobę narazić! Niedzielę wielkanocną spędził więc samotnie, ale w niezłym humorze – czuł, że zdrowie wraca, a wraz z nim szansa na rehabilitację. Ja jednak, poinstruowana sekretnie przez Doktora Nieustającej Pomocy, molestowałam Tubylca o systematyczne mierzenie temperatury. Ani chybi, nasz medyk wietrzył coś złego... Przyciśnięty do muru przyznał, że nie bardzo wierzy w grypę żołądkową i boi się jakiegoś zakażenia, a nawet sepsy! Słysząc to zamarłam, ale Tubylcowi nie pisnęłam słowem, tylko przykazaną temperaturę śledziłam nieprzerwanie. A że lany poniedziałek był drugim dniem bez gorączki, powiało optymizmem.

Natychmiast po świętach Tubylec rozpoczął rehabilitację, z której skorzystał raptem dwukrotnie, bo już drugiego dnia temperatura skoczyła mocno w górę. Pamiętając słowa Doktora Nieustającej Pomocy, podjęłam decyzję – szpital! Trochę czasu minęło, nim znękany Tubylec dał się przekonać i wieczorową porą wylądowaliśmy na oddziale ratunkowym szpitala, gdzie był niedawno operowany.- Dlaczego akurat do nas państwo przyjechali? – dociekał wyraźnie niezadowolony lekarz dyżurny. - Bo pierwsze objawy choroby wystapiły po tutejszej operacji – odparłam, dzieląc się podejrzeniami, że to właśnie w szpitalu pacjent się zaraził. No i sobie nagrabiłam! Doktor wyrzucił mnie do poczekalni nie wdając się w dalsze dyskusje. Bardziej rozmowny był, gdy po przeszło dwóch godzinach przyszedł z wynikami badań Tubylca. Przyznał, że w organizmie jest ostry stan zapalny, a zważywszy na towarzyszące mu objawy pacjent kwalifikuje się do szpitala zakaźnego. - Pani rozumie, że nie mogę męża położyć u siebie na oddziale, bo mi, za przeproszeniem, zasyfi cały szpital – doktor nie owijał w bawełnę. Ale też impregnowany pozostał na moją ripostę, że póki co, to szpital zasyfił mi męża!

I tak głęboką nocą Tubylec wylądował w szpitalu zakaźnym, gdzie leżał 10 dni. Poszło szybko, bo już pierwsze badanie ujawniło winowajczynię tego pandemonium – wredną bakterię. Była diagnoza, to wdrożono stosowną terapię – rozpoczętą w warunkach szpitalnych, a kontynuowaną w domu. A nie można tak było od razu? Dlaczego Tubylec musiał ponad miesiąc wykreślić z życiorysu? Że o cierpieniach i zagrożeniu zdrowia (a nawet życia) nie wspomnę... Pytania to tym bardziej zasadne, że w owym czasie aż roiło się przy nim od medyków! O grzech zaniechania oskarżam zatem najpierw lekarzy z oddziału ortopedii, którzy zbagatelizowali pierwsze symptomy zakażenia. Więcej – wykazali się brakiem profesjonalizmu lecząc objawy bez dociekania przyczyn choroby. A te były jak na dłoni: antybiotykoterapia i operacja, co powodowało, że Tubylec należał do grupy wysokiego ryzyka zakażenia! Zaraz potem stawiam pod pręgierz naszego lekarza pierwszego kontaktu, który diagnozując „na oko” Tubylca, naraził go na niebezpieczeństwo. Pan doktor w ogóle sprawia wrażenie, jakby nie lubił leczyć. Nie musi, jest tyle innych zawodów... Skóra mi cierpnie na myśl, że zgodnie z intencją ministra, to właśnie na barkach lekarzy rodzinnych spocząć ma ciężar zmian w służbie zdrowia! Wiem, że bywają wśród nich i brylanty, które jednak – jak to kamienie szlachetne – są tyleż pożądane, co rzadkie.

Poza tym dręczy mnie pytanie: co by się stało w podobnej sytuacji z pacjentem X, który nie ma – tak jak my – zaprzyjaźnionego Doktora Nieustającej Pomocy? To on przez telefon (!) widział i wiedział więcej niż medycy zajmujący się Tubylcem. To tylko dzięki jego radom nie daliśmy się uśpić chimerycznemu przebiegowi choroby i pomimo „uspokajającej diagnozy” lekarza rodzinnego pojechaliśmy do szpitala. Na szczęście, bo zagrożenie sepsą, której tak się bał DNP było – jak potem przyznano – bardzo realne. I pacjenta X niechybnie by dopadło! A to już kryminał.