Zasady zbierania podpisów pod listami wyborczymi trzeba przemyśleć na nowo. Te obecnie obowiązujące budzą wątpliwości.
Z rozmów z przedstawicielami rozmaitych komitetów wyborczych wynika, że Polki i Polacy wyjątkowo niechętnie - w porównaniu do lat ubiegłych - podpisywali się pod listami wyborczymi do Parlamentu Europejskiego. Wynika to z małego zainteresowania wyborami europejskimi oraz ogólnym zniechęceniem do polityki i polityków.
W tym roku dało się też zauważyć nowe zjawisko. Sporo indagowanych na ulicach przechodniów - zwłaszcza tych młodszych - odmawiało złożenia swego podpisu tłumacząc partyjnym wolontariuszom, iż decyzja ta podyktowana jest troską o bezpieczeństwo własnych danych osobowych.
Postawa ta jest całkowicie zrozumiała. W sytuacji, gdy dostęp do danych osobowych staje się przedmiotem kolejnych regulacji prawnych, które mają chronić prywatność obywateli, sposób zbierania podpisów pod listami wyborczymi wydaje się anachroniczny i nie przystający do wymogów współczesności.
Nie może dziwić odmowa podania własnego imienia, nazwiska, PESEL-u oraz miejsca zamieszkania napotkanym na ulicy osobom i złożenia pod tymi danymi podpisu na formularzu, którego sposobu przechowywania i zabezpieczenia nie znamy.
Wydaje się więc, że ustawodawca we współpracy z Państwową Komisją Wyborczą oraz Głównym Inspektorem Danych Osobowych powinien niezwłocznie pochylić się nad tym problemem. Jesienią czekają nas bowiem wybory samorządowe, a w przyszłym roku prezydenckie i parlamentarne.
