REKLAMA

Wygląda na to, że Victor Orban włączył się do nowej gry geopolitycznej zaproponowanej Europie przez Putina. I niestety, gra w niej po stronie Kremla. Nie zmniejsza to jednak zachwytu PiS nad premierem Węgier. Nie wywołuje także refleksji nad jego polityką, przedstawianą wciąż jako panaceum na wszystkie problemy społeczne i polityczne UE.

Jeszcze kilka dni temu, podczas wizyty w Warszawie, Victor Orban zadeklarował poparcie dla polskiego projektu unii energetycznej. Padło obok tego wiele słów o współpracy na rzecz rozwiązania kryzysu ukraińskiego. Nie minął tydzień, a Victor Orban podczas wystąpienia w parlamencie węgierskim oświadczył, że od nowego rządu ukraińskiego oczekuje zapewnienia autonomii dla Węgrów mieszkających na Ukrainie (na Zakarpaciu jest ich ok 200 tys.) oraz wprowadzenia dla nich podwójnego obywatelstwa.

Warto podkreślić jak niebezpieczna jest taka retoryka. Przypominam, że kilka tygodni temu Władimir Żyrinowski, zaproponował zachodnim sąsiadom Ukrainy, w tym Polsce, przeprowadzenie de facto podziału tego państwa według przedwojennych granic. Można odbierać to jako ciekawostkę, wypowiedzianą przez znanego błazna politycznego, której żaden poważny polityk europejski nie weźmie na poważnie. Pamiętajmy jednak o specyficznej roli Żyrinowskiego we współczesnej polityce rosyjskiej – jego zadaniem jest właśnie rzucanie takich niepoprawnych politycznie haseł, których nawet Putin, przymierzający szaty nowego cara, nie odważy się wygłaszać wprost. Takie wypowiedzi Żyrinowskiego sygnalizują, w jakim kierunku podąża myślenie kremlowskiej elity. W oczywisty sposób Putin dokonujący rozbioru Ukrainy chciałby mieć w tej kwestii wspólników. Szczęśliwie wszyscy w Polsce przyjęli propozycję Żyrinowskiego z pogardą.

Oto jednak do złudzenia podobna retoryka pojawia się w ustach lidera Węgier, do którego partii do niedawna porównywała się największa polska partia opozycyjna. Bądźmy optymistami, przyjmijmy wersję, że to nic innego jak faux pas, niefortunne, nieprzemyślane sformułowanie, że węgierskiemu premierowi chodzi tylko o zapewnienie praw swojej mniejszości na Ukrainie. Jednak w warunkach wojny, w której ostatecznie chodzi nie tylko o Ukrainę, ale i jedność całej UE, nie możemy sobie pozwolić na takie błędy. Orban jest zbyt wytrawnym politykiem aby wiedzieć, że postulaty polityczne odczytuje się nie tylko przez ich treść, ale też przez kontekst ich zgłoszenia. A tym kontekstem jest agresja rosyjska na Ukrainę i zacieśniająca się współpraca Węgier z Kremlem. Musimy zatem czytać żądanie autonomii dla Węgrów jako de facto wsparcie polityki rosyjskiej na Ukrainie, realizowanej przecież pod hasłem obrony interesów mieszkających tam Rosjan. Orban po raz kolejny podważył w ten sposób swoją wiarygodność. Europejczycy broniący wartości i prawa międzynarodowego nie mogą dawać takich argumentów rosyjskiej machinie propagandowej. Próbując osiągnąć korzyści kosztem osłabionego sąsiada, ryzykujemy niepostrzeżony powrót do brutalnych reguł gry XIX wieku. A wkrótce sami możemy stać się ofiarą ich legitymizacji. To pułapka w którą, Putin próbuje nas wciągnąć. I udało mu się wciągnąć Orbana.

Piszę o tym ze smutkiem bo czuję niesmak, że takiego właśnie polityka Gazeta Polska uhonorowała tytułem człowieka roku. Jak to się ma do linii pisma przestrzegającego przed rosyjską agresją? Czy redaktorom i dziennikarzom nie przeszkadza ewidentnie proputinowska polityka premiera Węgier? Czy już zapomnieli, że to przecież Putin według ich gazety jest co najmniej współodpowiedzialny za „zamach” na prezydenckiego Tupolewa? Chciałbym uprzejmie zapytać, jak możliwe jest niedostrzeganie tej sprzeczności? Uczciwość wobec czytelników wymaga odpowiedzi na te pytania.

Pisałem już wielokrotnie, że powstanie wielu prawicowych mediów oceniam pozytywnie, choć ich styl uważam za bardzo niski. Ważne jednak, aby ludzie o różnych poglądach mieli dostęp do szerokiego wachlarza opinii i informacji. Nawet jeśli ich autorzy zatracają się w uwielbieniach dla jednej frakcji i kolportują informacje co najmniej mało wiarygodne, mają do tego prawo. A czytelnicy mają prawo oceniać te informacje i mają też prawo do dyskusji. Dlatego gdy widzę obszerne teksty w Gazecie Polskiej Codziennie, to zastanawiam się w jaki sposób redaktorzy potrafią sobie wytłumaczyć wyraźnie sprzeczną linię gazety. Dziennikarze Gazety Polskiej konsekwentnie nagłaśniają putinowskie kłamstwa i polityczną fałszywą grę Kremla. Z wyjątkiem historii o „zamachu” w Smoleńsku, czasem czytam ich teksty dotyczące polityki międzynarodowej z ciekawością. Jednak jak pogodzić to z uwielbieniem wobec prorosyjskiego Orbana? Czy gazeta, która jako nazwy używa przymiotnika POLSKA, nie widzi sprzeczności w uznaniu premiera Węgier za człowieka roku, gdy jego polityka stoi w kontrze do polskiej racji stanu?

Jedynym honorowym wyjściem dla redaktora Tomasza Sakiewicza byłoby pozbawienie Orbana tytułu, a przynajmniej potępienie go u siebie na łamach. Niczego takiego nie dostrzegłem. O lawirowaniu i fałszu premiera Węgier nie ma dziś w gazecie ani słowa. Choć jego fałsz jest oczywisty. Czy redaktor Sakiewicz i jego koledzy odważą się nazwać politykę zagraniczną Victora Orbana po imieniu. Czy zrozumieją, że nie jest ona przypadkiem, ale wynikiem świadomie obranego kursu na rozluźnienie więzi z Unią Europejską. Czy pojmą, że w obecnym czasie dla krajów Europy Środkowej odwrócenie się plecami do Brukseli oznacza podjęcie za kolana prezydenta Putina? Taka jest też dziś oferta Jarosława Kaczyńskiego. Czy wyborcy PiS zrozumieją, że ich przywódca studząc relacje z Unią będzie musiał wzorem Orbana zwrócić się do Moskwy?

Sami mamy z Ukraińcami otwarte kwestie sporne, choć ubiegłoroczna dyskusja dotycząca ludobójstwa w 1943 roku pokazała ich otwartość na prawdę historyczną. Wspierając Ukrainę w jej walce o wolność i integralność nie musimy definitywnie zamykać tych wszystkich nierozwiązanych spraw. Ich zamknięcie możliwe jednak będzie tylko w relacjach ze sprawnie działającym demokratycznym sąsiadem. Aby skutecznie obronić interes naszych mniejszości, znaleźć kompromis w sprawach historycznych czy po prostu stworzyć dobre warunki funkcjonowania naszych przedsiębiorców na rynku ukraińskim, musimy w pierwszej kolejności wesprzeć Ukrainę.

No i zastanówmy się raz jeszcze, czy naprawdę chcemy mieć w Warszawie Budapeszt?