Nigdy wcześniej nie byłem w takim zakłopotaniu. Cieszyłem się już, że rano przyjąłem ostatnią rybawirynę, że za tydzień wrócę do pracy w piątek. Cała rodzina, dziewczyna, znajomi odetchnęli już, że kończymy terapię. A tu taki zonk. Praktycznie zostałem sam z decyzją co robić. Tydzień temu dostałem komunikat, kończymy – pobieramy krew, robimy USG, a dzisiaj nikt do karty pacjenta nie wpisał informacji o zakończeniu, żaden lekarz zastępujący nie podejmie tak ważnej decyzji za innego. Pielęgniarki rozkładają ręce.

REKLAMA

Stoicki spokój, mógł mnie tylko uratować. Wydzwaniałem co chwilę do mamy, dziewczyny. Liczyłem, że coś się nagle wydarzy.

Finalnie poddałem się, rozłożyłem ręce i zadzwoniłem jeszcze raz. Przez telefon doktor prowadząca potwierdziła, że mam przyjąć jednak 37 zastrzyk i kontynuować terapię.

Bardzo dziwne. Z drugiej strony, sam przecież nie przerwę sobie terapii, bo tak mi obiecano tydzień temu. Cóż, pogodziłem się, że w terapii co chwilę wydarza się coś niespodziewanego.

Ma to plusy – zastrzyk się nie zmarnuje, nikt nie zarzuci mi przerwania terapii na włąsną rękę. Cud, że mogłem dostać rybawirynę. Problem byłby większy, gdyby jej nie było.

Co nas nie zabije to nas wzmocni.