Doniesienia o ofiarach w czasie walk na Ukrainie zdominowały przekaz medialny z tego kraju. Dziś będzie jednak kilka słów poświęconych analizie wyborów prezydenckich. Najpierw o zwycięzcy.

REKLAMA

Petro Poroszenko wygrał w wyniku kryzysu i groźby wojny. Ukraińcy instynktownie rozumieli, że potrzebują przywódcy z pełną legitymacją, a nie tymczasowego. Poroszenko nie ma wielkiej charyzmy, ale prezentował dla każdego coś miłego. Człowiek establishmentu, miliarder, były minister, ale też jeden z przywódców Majdanu. To wystarczyło, aby roznieść w puch rywali. Pewnie w jakimś sensie pomogła mu też mocno demonstrowana fanatyczna wręcz religijność.

Mimo drugiego miejsca, największą przegraną niedzielnych wyborów jest Julia Tymoszenko, która do końca naiwnie wierzyła, że wciąż działają stare mechanizmy. Oskarżenia Janukowycza kierowane pod jej adresem były dla wielu ludzi wiarygodne, a ona sama była podejrzewana o promoskiewskie sympatie.

Trzecie miejsce zajął niejaki Oleh Ljaszko – ukraińska wersja rosyjskiego Żyrinowskiego. W Kijowie mówi się, że wymyślił go Siergiej Lewoczkin, były szef kancelarii Janukowycza. Ljaszko miał nieograniczony dostęp do popularnej telewizji "Inter" i bardzo profesjonalną kampanię, która trafiła do 1,5 miliona obywateli.

W wyborach nie zaistniała Partia Regionów. Jej kandydat, Mychajło Dobkin, zdobył 3% głosów. Podobnie, ale na jeszcze niższym poziomie, wylądował lider nacjonalistów, Oleh Tiahnybok (1,16%) i komunista Petro Symonenko (1,51%).

Wybory prezydenckie sygnalizują radykalną zmianę pejzażu partyjnego. Do tej pory Rada Najwyższa była zdominowana przez Regiony i Batkiwszczynę. Dzisiaj nie ma Julii Tymoszenko i jej wpływu na tę drugą partię, a Partia Regionów sama skazała się na demontaż. Można więc oczekiwać nowych inicjatyw, bo nowy prezydent na pewno zechce mieć wpływ na coś więcej niż tylko kandelabry z ulicy Bankowej.