Nadszedł czas, bym wyjawiła prawdę o sobie. Długo to skrywałam przed światem. Starałam się z tym żyć, chowając to przed wszystkimi. Próbowałam się dostosować. Pastelowe płaszczyki, balerinki z kokardkami, biała bluzka i granatowa spódniczka, kanapki z serem do szkoły. Znacie to, prawda? Tak. To każdy z nas. Ale ja już tak nie mogę.
Jestem czarnuchem. Urodziłam się jako biały człowiek, ale tak naprawdę jestem czarnuchem. Nie kręci mnie Osiecka i Młynarski, nie ruszają mnie „słowiańskie melodie”, nie lubię sentymentalnych tekstów o miłości. Myślałam, że to ze mną jest coś nie tak. Mam śpiewać po polsku, bo po pierwsze – nikt mnie nie będzie kupował, po drugie – pomyślą, że gwiazdorzę, powiedzą „najpierw tu się sprawdź, a dopiero później próbuj zagranicą, hahaha”. Ale ja nie po to po angielsku przecież… ja po prostu nie chcę, nie czuję. Uwielbiam walenie w perkusję, uwielbiam ciężkie groovy. Czy to moja wina? Czy mam za to przepraszać? Nie chcę chodzić w pastelowym płaszczyku. Od dziś noszę łańcuchy, na spacer wyprowadzam tygrysa, a w moim basenie co wieczór będą imprezy. Nie chcę już dłużej udawać.
Mamy czasy, gdzie na topie jest tolerancja. Nie liczy się kolor skóry. Jeśli rozmawiasz z osobą czarnoskórą, udajesz, że nie ma różnicy. Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Zatem dlaczego ja mam przepraszać za to, że chodzę w łańcuchu? Że śpiewam po angielsku, nawet, jeśli znam w tym języku tylko jedno słowo – a dog? Nie chcę śpiewać Osieckiej, chcę widzieć w radiu i w telewizji wyluzowane, grube, ciężkie groovy. Nie jakieś pop-rocki, polskie, sentymentalne piosenki pisane pod publikę. Chce, żeby nasz naród powiedział wspólnie JOŁ.
Joł. Wasza MC.
