"Fragment"
"Fragment" www.wteatrw.pl

Ten, który nie chciał przyczyniać się do zabijania, zastępczo asystował przy umieraniu. Służba wojskowa zamieniona na służbę w hospicjum oznaczała przyglądanie się śmieci rzeczywistej zamiast kuszenia potencjalnej. Bohater, którego los pod koniec życia sprowadził jeszcze raz w to samo miejsce, wspominał zmarłych i rzucał zuchwałe wyzwania śmierci.

REKLAMA

Dużo się działo na niewielkiej przestrzeni najmniejszej sceny Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Terminalny pacjent (Bogusław Kierc) nieprzejednanym milczeniem w obliczu nagabującego go telewizyjnego dokumentalisty (Tomasz Cymerman) nie zapowiadał zbyt dynamicznego widowiska. Zderzenie zrezygnowania niemal tożsamego ze śmiercią z komercyjnymi i egoistycznymi oczekiwaniami reportera wydawało się sytuacją patową. Okazało się jednak możliwe do rozwiązania na modłę nadrealną, oniryczną, po teatralnemu pofragmentowaną. Fabuła, choć możliwa do uchwycenia, ustępowała strzępom wspomnień, zapisków, bieżącej interpersonalnej relacji.

Pierwszy udany akt komunikacji porażał dziwacznością i niedookreśleniem. Odwzorowywanie rysunków na ścianie ruchem dłoni z wyciągniętym palcem wskazującym kojarzyć się mogły z jakąś muralną mutacją mężczyzn z sufitu Kaplicy Sykstyńskiej. Wyobrażenie pierwszej sceny tak, jak chciałby ją widzieć dziennikarz, było kabotyńskie i nadekspresywne. Jednak takich momentów już później nie było, bo rzecz nie działa się w wyobraźni twórcy pragnącego tanich efektów, lecz naprawdę.

Reminiscencje z okresu, gdy towarzyszył śmiertelnie chorym w ostatnich tygodniach życia poruszały do głębi. Marysia i Ania, które niepotrzebnie ściągały poszewki i szorowały podłogi, wciąż sądziły, że ich dzieci czekają pod szkołą, choć przecież one dawno urodziły im już wnuki. Zmarły syn odnaleziony po wielu latach, przez które - według chorego umysłu ojca- się ukrywał, gwałtownie zaprotestował przeciwko ojcowskiej czułości. Anielka, zgarbiona i nieufna kobieta, została zapamiętana z nieodłączną chustą na głowie. Eugeniusz, ze sparaliżowaną połową ciała, choć jeszcze przed 40-ką stanowił „wzrór człowieka, który ma dosyć, ale nie może zrobić nic poza czekaniem". Wszyscy w przestrzeni spektaklu wspominani byli na chwilę tak krótką, jak ów ostatni pobyt przed ostatecznym odejściem.

Fizyczne szczegóły umierania, jego zewnętrzność były odtwarzane przez tego, który mył, czesał, ubierał, golił i obserwował nieuchronne umieranie, lecz także zapisywał i rysował portrety. Gdy po latach nie mógł znaleźć zapisków, skłonny był rozwalić wszystko, aby dotrzeć do tych ważnych śladów przeszłości.

Dynamika przedstawienia pozwalała na ciemność i pełnię światła, na mozolne, mechaniczne odczytywanie, lecz także gwałtowne tyrady i emocjonalne wymiany zdań. Nieprzewidywalność tego, co zdarzy się za chwilę pozwalała utrzymać uwagę i stanowiła niewątpliwy atut przedstawienia. Głosowe i scenograficzne wolty, podobnie jak oscylowanie pomiędzy perspektywą rzetelnego pamiętnikopisarza, świadomego wspominającego i starca splątanego chorobą Alzheimera („mieszkał dwie ulice stąd"), w jakimś sensie odzwierciedlały też nieprzewidywalność choroby i ułomność pamięci.

Z mnogością ról świetnie poradził sobie Bogusław Kierc, który pokazał klasę także w scenach wymagających dużych umiejętności aktorskich i artystycznej wprawy. O tym, że jest poetą wiedziałem. O tym, że jest także wprawnym rysownikiem portretów, dowiedziałem się podczas spektaklu.

Młodszy z dwóch aktorów podołał wysokim wymaganiom scenicznego partnera. Pokazał duże możliwości głosowe i w ruchu scenicznym. Wykrzykiwanie do mikrofonu zawieszonego nad głową kojarzyło się ze sztuką wokalną frontmana zespołu Motor Head, a zapowiedź "Zapisków z nocnego dyżuru. Arcydzieła prozy konspiracyjnej" - z nadmierną manierą prezenterską Marka Maxa Kolonko. Odwołań do kultury popularnej, a zapewne także wysokiej było więcej, lecz rzecz cała na tyle była intensywna, że trzymała zmysły krótko, jak pan psa wyrywającego się na smyczy. Nie było mentalnej przestrzeni do smakowania.

Od początku zwracała uwagę bardzo pomysłowa scenografia, która odsłaniała coraz to nowe zastosowania. Dosyć surowe ściany okazały się kryć niezmierzone możliwości. Nie chcę zdradzać szczegółów. Mogę jedynie powiedzieć, że na własnoręcznie ułożonym łożu jeden z aktorów rozebrał się bardzo, lecz nie do anatomicznej nagości, jak to zwykli czynić inni.

Końcowa część przedstawienia była feerią buntu i niezgody na umieranie i na świat taki, jaki jest. Deklaracja nieśmiertelności, rozbuchana i szalona nie była pozbawiona poczucia humoru. "Będę w nieskończoność pobierał emeryturę", deklarował buntownik, grożąc, że stanie się "permanentną wycieczką Niemców-emerytów".

Podobnie tragikomiczne, choć spokojniej opowiedziane były relacje pacjentów ze snów o lataniu, wpadaniu, nadymaniu się, chodzeniu po pustyni. Stworzyły atmosferę, w której dowiedzieliśmy się nieoczekiwanej prawdy o osobistym życiu młodego reżysera. Innego znaczenia nabrały jego buńczuczne deklaracje z początku spektaklu: "Jestem pełen nadziei, że jak będę w pana wieku, to nie będzie już śmierci ani starości".

Do Współczesnego na te 80 minut intensywnych wrażeń, dobrego tekstu i znakomitego aktorstwa, w dodatku pomysłowo zaaranżowanego, słusznie się z Elą wybraliśmy. Wszyscy kiedyś umrzemy, choć trudno określić, że tak powiem, deadline. Przygotowujemy się do tego przez całe życie, ale jakoś tak niedbale, mimochodem. A tu jest okazja, żeby zrobić to artystycznie, w sposób wewnętrznie zaangażowany. Warto skorzystać.

FRAGMENT NIEISTNIEJĄCEGO ŚWIATA na podstawie "Zapisków z nocnych dyżurów" Jacka Baczaka. Adaptacja: Agnieszka Bała. Scenariusz, reżyseria, muzyka, światło: Jacek Bała. Scenografia: Karolina Mazur. Obsada: Bogusław Kierc, Tomasz Cymerman.

Wrocławski Teatr Współczesny, Mała Scena

Prapremiera: 12 kwietnia 2014