Spoglądam na szare, milczące, nudne i zaniedbane ulice Kozienic i tak sobie myśle – chasydów mi brak w Kozienicach.

REKLAMA

Steven Lederman mieszka w Kalifornii. W Palm Springs.

Położne w hrabstwie Riverside Palm Springs oddalone jest od Los Angeles o godzine jazdy samochodem. Otoczone wysokimi, na wiosne ośnieżonymi szczytami gór Palm Springs - jak nazwa wskazuje - pełne jest gajów palmowych. 45 000 mieszkańców. Raptem dwa miasta wielkości Zakopanego. Też otoczone górami, tylko że palm jakoś u nas niewiele. I tam i tu miasto upodobali sobie artyści i celebryci.

W lecie, w Palm Springs organizują wielodniowy otwarty festiwal rockowy Coachella. Must to see dla każdego szanującego się fana muzyki i szeroko pojętej wolności.

Steven celebrytą nie jest. Ale jest artystą. Artystą – wynalazcą. Nie mogłem uwierzyć jak opowiadał mi o tym , ze w latach 70 zeszłego wieku opatentował słynny Bean Bag chair – fotel – worek wypełniony kuleczkami w kształcie fasoli, który wszyscy znamy ze sklepów IKEA. Na dowód przesłał mi kilka zdjęć i kopie patentu US nr 4.011.611 z marca 1975 roku.

Dzisiaj Steven pochłonięty jest pracą nad cukierkami bogatymi w naturalne minerały i suplementami diety odznaczającymi się doskonałą przyswajalnością minerałów. Jakaś logika w tym jest - 40 lat temu wygodny funky fotel, dziś troska o poziom minerałów w organizmie. W Palm Springs każdy che się czuć i wyglądać świetnie. Bez względu na wiek.

Steven urodził sie w USA. Jego Rodzice mieszkali na Franciszkańskiej w Warszawie. Ojciec tuż przed wojną posiadał garbiarnie skór. Fakt ten ma wyjaśniać pochodzenie nazwiska – Lederman. Na starych zdjęciach widać dobrze sytuowaną kobietę. Pelisa z futrzanym kołnierzem, buty na obcasie, czapka – toczek, skórzana torebka, mufka. Mama , Minia Lederman dumnie kroczy Franciszkańską. Nie mogę wyjść ze zdumienia, jakim cudem to i podobne zdjęcia zachowały się w tak doskonałym stanie, jak przetrwały Holokaust- Shoah, powstania, pożary.

Steven ma 68 lat. Zupełnie niedawno - przez przypadek - dowiedział sie o polskiej historii swojej rodziny. Ojciec i Mama - nie wspominali przeszłości. Ten sam przypadek sprawił , żę poznałem Stevena i zacząłem obserwować jego – jak mawiają amerykanie – "come back" do polskich korzeni.

Rodzina Ledermanów należała do społeczności chasydów. Czym był chasydyzm ? Podając definicje Marcina Wodzińskiego z Uniwersytetu Wrocławskiego otrzymamy następujące wyjaśnienie : "Historycznie rzecz ujmując, chasydyzm jest żydowskim ruchem religijnym o charakterze mistycznym, który powstał w XVIII wieku na ziemiach polskich. Za jego twórcę uznaje się żyjącego w latach 1700-1760 Izraela ben-Elizera, zwanego Baal Szem Tow (w skrócie BeSzT), co można przetłumaczyć jako „Pan Dobrego Imienia”. Jego nauka była próbą syntezy tradycjonalizmu żydowskiego z mistycyzmem. " Steven twierdzi , że Baal Szem Tow to był “cool dude”.

Definicja teoretycznie opisuje spójną społeczność skierowaną ku poszukiwaniu mistycyzmu w tradycji żydowskiej. Nic bardziej mylnego. Chasydzi – polskim zwyczajem - podzielili się na większe i mniejsze grupki skupione wokól swoich własnych, jedynych prawdziwych cadykow – mędrców, spirytualnych przewodników. W efekcie możemy mówić o różnych szkołach chasydyzmu pośród polskich Żydów. Prawdzie polska historia.

Dziś w Polsce po chasydach nie ma śladu. Jak słusznie zauważa Wodziński, chasydzi byli zbyt ostentacyjnie żydowscy dla Niemców i zbyt ostentacyjnie religijni dla sowieckiej Rosji. Ich odmienne długie, czarne stroje, białe brody, futrzane czapki , kapelusze, pejsy, tańce – sprawiały że szli na pierwszy ogień – pierwsi wyłapani, pierwsi unicestwieni.

Przed II Wojną Światową do USA i Palestyny wyjechało ponad 2 miliony Żydów, w tym większość chasydów. Resztę wymordowali Niemcy i Rosjanie. Ci , którzy dotarli do Ameryki odcieli wspomnienia. Z różnych względów. Postawili na asymilację w USA. Steven miał mgliste pojęcie o historii swojej rodziny. Wiedział tylko , że jest troche inny od amerykańskich rówieśników. Mama ubierała się inaczej od matek kolegów.

W czerwcu tego roku towarzyszę Stevenowi w podróży do Kozienic i Garwolina. Kozienice – 80 km od Warszawy, Garwolin 50. Czyli blisko. W Kozienicach odnajdujemy Cmentarz Żydowski. Sześć hektarów trawy, parku położoego na pagurkowatym wzniesieniu na obrzeżach Kozienic. Pierwsze Macewy postawiono tu w XVII wieku. 400 lat temu. Ostatnią Macewę postawiono w 1942 roku. Nie zdążyła obrosnąć trawą. Wszystkie, - dosłownie wszystkie pomniki - zostały zniszczone przez Niemców. Co ładniejsze Mecewy posłużyły do wyłożenia placu przed siedzibą Gestapo w Kozienicach. Groby zaorano.

Tak więc dziś, poza symbolicznym grobem kozienickich Żydów, którzy stawiali opór Niemcom i skromnym, także odtworzonym ohelem ( grobowcem z chasydzką "kapliczką") najsłynniejszego Magida Kozienic Izraela, syna cadyka Sabataja Hopstain nie ma żadnych Macew. Gdzieniegdzie mozna znależć kamienie polne, które być może służyły jako Macewy biedoty ale próżno na nich szukać napisów, śladów polichromii. Sześcio-hektarowy cmentarz bez jednej Macewy robi niesamowite wrażenie.

Magid Hopstain - jak to Magid - miał nadzwyczajne zdolności i nieodgadnioną energie. Podobno , pod koniec XVIII wieku, dzięki jego wstawiennictwu żona księcia Czartoryskiego wreszcie powiła potomka. "Cool Dude".

W dwudziestoleciu międzywojennym na prawie 7000 mieszkańców Kozienic połowa mieszkańców to społeczność żydowska. Sporą jej część stanowił niezwykle silny ośrodek ruchu chasydzkiego. W latach 1918-1939 wśród kozienickich miejskich radnych było 41 Żydów. Tak wyglądała wtedy demokracja.

Dziś nie ma żadnych Macew. Nie przetrwała żadna żydowska rodzina - o chasydzkich nie wspominając . W Radzie Miasta próżno szukać żydowskiego radnego. Do symbolicznego grobu Izraela Hopstaina rocznie pielgrzymuje ponad 1600 osób z całego świata. Nikt nie zostaje. Cały ohel pokryty jest małymi karteczkami z prośbami do Magida o wstawiennictwo w codziennych sprawach i problemach.

Słysze, że w ramach wykańczanej własnie ekspozycji wystawy w Muzeum Historii Żydów Polskich nie znalazło się miejsce na przypomnienie historii chasydów. Wielka szkoda. Przecież to ruch tak bardzo związany z ziemiami polskimi. Taki lokalny, spirytualny, talmudystyczno-kabalistyczny ruch polskich Żydów. Tu powstał, stąd sie rozprzestrzeniał na wschód i zachód. Szkoda by było o nim zapomnieć.

Patrzę na Stevena w jego czerwonej, baseballowej “Palm Springs made” czapeczce stojącego w Kozienickim ddżu, na jego głód odnalezienia korzeni polsko – chasydzkich, spoglądam na bezbarwne, milczące, monotonne, i zaniedbane ulice Kozienic i tak sobie myśle – chasydów mi brak w Kozienicach. Może Bean Bag maiłby nr patentowy urzędu w Kozienicach.