Donald Tusk zaczynał swoje rządy pod hasłami obrony wolności – słowa, naszych mieszkań o 6 rano, manifestowania – które wydawały się być mocno zagrożone w trakcie realizowanej przez PiS IV RP. Kończy – bo to już trzeba nazwać końcem – jako władza, której funkcjonariusze najpierw w sposób na wpół mafijny umawiają się „kto, gdzie, kogo i za co”, by potem nachodzić nocą niezależne redakcje.

REKLAMA

Najście ABW na redakcję „Wprost”, dokonywane na oczach setek dziennikarzy, będzie jednym z najbardziej zapamiętanych obrazków ilustrujących schyłek rządów Platformy. Tłumaczenie premiera, iż ABW wkroczyła do redakcji realizując polecenie niezależnej od rządu prokuratury, nie przekonuje – zwłaszcza, iż minister Sienkiewicz publicznie wcześniej informował, że wyśledzenie tych, którzy jego oraz paru (parunastu?) innych czołowych polityków podsłuchali, to ostatnie zadanie, jakie zlecił mu premier.

Donald Tusk był przez lata pupilkiem mediów. Zwłaszcza tych mainstreamowych. W razie takiego czy innego potknięcia zawsze mógł liczyć na życzliwy ton komentarza czy dobrze (w sensie – rzecz jasna – dobrze dla niego) przeprowadzony wywiad. Wydawało się, że podobnie będzie przy okazji afery podsłuchowej. Ale trzeba było sprawę wyciszać a nie – na co się Tusk zdecydował – „spuścić ze smyczy” żadnego krwi i zemsty ministra Sienkiewicza. Wejście do redakcji „Wprost” i próba siłowego przejęcia laptopa redaktora Latkowskiego (swoją drogą ten laptop też przejdzie do historii,) chyba ostatecznie zerwały ostatnie nici sympatii między światem dziennikarzy a Tuskiem. Cóż mogło gorszego spotkać Donalda Tuska niż usłyszeć dziś od czołowej dziennikarki mainstreamu, iż „wszyscy dziennikarze są teraz przeciwko panu”.