Spotkałam w życiu kilku morderców. Załóżmy, że sześciu. Choć wydaje mi się, że wielu więcej. Wszystkich w Irlandii Północnej. Wszyscy byli naprawdę bardzo sympatyczni. A niektórzy nawet wydawali się bezbronni.
Najbardziej bezbronny wydawał się ten, ktory zabił całkiem niedawno. Polak na obczyźnie. Świeżak. Chętnie opowiadał o swoim życiu, pomijając fakt zamordowania kolegi. Życzliwy, ciepły człowiek, który chciał odbudować swoje życie, co mu nieszczególnie wychodziło najpierw tylko w weekendy, kiedy nie pracował, a niedobrzy koledzy upijali go w meliniarskich mieszkaniu. Potem niedobrzy koledzy upijali go już codziennie, więc praca go rzuciła.
Pokrzywdzony, jak uważał, przez los, omotał kilka kobiet i dzięki temu miał wikt i opierunek. Wielkie niebieskie oczy, obietnice poprawy i przestępowanie z nogi na nogę, gdy północnoirlandzka policja go pytała, czy ostatnio czegoś nie zbroił. Takiego błękitu skrzywdzonego ludzkiego spojrzenia nie widziałam nigdy.
Był to morderca pijaczkowy. Zabił w amoku alkoholowym. Jakieś powody miał, sam twierdził, że bardzo istotne, ale sędzia nie uznał, że wystarczyły one, by odebrać komuś życie i skazał go na więzienie. Nie na tyle długie jednak, by mu złamało ono życie. Wrócił zatem do kolegów i smucenia się swoim losem.
Inni mordercy byli mordercami ideologicznymi. Nazywali się „więźniami politycznymi” i „żołnierzami”, bo walczyli w czasie północnoirlandzkich Kłopotów z drugą stroną. Można powiedzieć też, że byli egzekutorami, bo wchodzili do czyjegoś domu i strzelali komuś w klatkę piersiową lub w głowę. W tle grał telewizor i krzyczała matka albo dzieci.
Jeden z nich pracuje teraz z ofiarami traum. Skromny, cichy czterdziestoparolatek, wysportowany i nawrócony religijnie. Kiedy miał siedemnascie lat, wykonał wyrok na jednym z członków IRA na oczach jego młodszego brata, którego oszczędził ze względu na wiek. Oddał pięć strzałów. Po wszystkim powiedział: „Trafiłem” i pojechał z kolegami na dyskotekę.
Jeszcze inny torturował ludzi przed zabiciem. Należał do organizacji, która zajmowała się w czasie The Troubles łowieniem katolików i poddawaniem ich wymyslnym torturom, po których następowała skomplikowana i powolna śmierć. Bardzo miły, szpakowaty starszy pan, który nie lubi deszczowej pogody w Belfaście. "Nastraja mnie źle" mówi.
Kolejny jest beksą. Po większej ilości alkoholu zaczyna się rozklejac i mówić o wojnie. Czyli o tym, co toczyło Irlandię Północną przez tyle dekad, a świat milczał (bo przecież rzecz się działa w Wielkiej Brytanii, więc to jej wewnętrzny bałagan był). Zabił czterech katolików. Nie na polu bitwy w ferworze walki, ale znowu- przeprowadził egzekucję. Teraz żyje dla wnucząt i gdy wytrzeźwieje, już nie ogląda się za siebie i za zabranymi życiami (bo mimo, że była wojna, po latach zdał sobie sprawę, że zabijanie nie jest rozwiązaniem konfliktu- choć nie odpowiada na pytanie, czy żałuje).
I ostatni, o którym chcę napisać. Kiedy miał czternaście lat, dostał od IRA karabin. Teraz ma trzydzieści trzy, jest belfaskim włóczęgą. Każda komórka jego chudego, irlandzkobiałego ciała jest pijana tanim alkoholem, na który wydaje hojne brytyjskie zasiłki. Po długim epizodzie z IRA, zaciągnął do Iraku, a potem do Afganistanu, gdzie jego wóz wjechał na ajdika (czyli improvised explosive device), a potem, gdy leżał ranny w rowie, ostrzelali go talibowie. On też ostrzelał talibów. Ostrzeliwanie wyssał niemalże z mlekiem matki, inaczej się nie dało, ani w Belfaście, ani tym bardziej w Afganistanie. Kiedy wrócił do Irlandii Północnej, z rozczarowaniem stwierdził, że wojna się skończyła, nastał pokój, a on umie tylko zabijać. To się rozpił.
Nigdy nie widziałam go trzeźwego. Spotykam go w lokalnym Tesco i widzę, słyszę, jak opowiada ludziom, przypadkowym ludziom, o swoich wojnach, z których ani jednej nie wygrał i o pokoju, którego nie rozumie.
Jeszcze byli inni. Może ich spotkacie, w Irlandii Północnej, która wypuściła swoich morderców z więzień w 1998 roku na mocy Porozumienia Wielkopiątkowego, mogą stać za ladą, sprzedawać bilety, czy pomagać ludziom z tendencjami samobójczymi. Jako wykwalifikowani terapeuci, bo kwalifikacje zdobyli w więzieniu. I teraz - co z tym zrobić? Co o tym sądzić?
Biję się z myślami od dawna. Że świat nie jest czarno-biały zrozumiałam, co prawda, dość dawno, ale nie podejrzewałam, że właściwie białe może być czarne.
