
Tego lata sporo podróżuję. Pociągi, samoloty, promy. Ze skruchą wyznaję, że dotychczas nie zwracałem jakiejś szczególnej uwagi na kobiety umożliwiające mi sprawne przemieszczanie się – teraz jednak widzę na każdym kroku, że bez nich nie ma podróżowania. I to we sensach wszelakich: ścisłych, metaforycznych i jakich tam jeszcze sobie chcecie. Kobiety witające mnie na pokładzie samolotu i promu. Kobiety sprawdzające, czy dobrze upchnąłem podręczny bagaż. Kobiety serwujące mi kawę w dworcowej kantynie. Uważnym wzrokiem lustrujące mój – zawsze podejrzany, zawsze z duszą na ramieniu podawany – bilet.
Sensy i pod-sensy się kończą, zostaje nie pociągająca rzeczywistość pomylonych pociągów.
Więc idą, prą, wykrzykując te swoje irlandzkie zwroty grzecznościowe, w których co drugie słowo to "foken". A ja nie wiem, jak się zachować. Uciec? Złapią, zabiją gdzieś na Temple Bar. Zbratać się? Nie zrobię materiału, na który wysłała mnie gazeta; redaktor mnie zabije w Warszawie. Stoję więc zbaraniały, a ci się zbliżają. I gdy już ma się coś wydarzyć - stojąca za mną stewardessa, która przecież tak doskonale zaopiekowała się mną już na pokładzie legendarnych tanich linii lotniczych z harfą w herbie – stuka mnie w ramię. „Hallo, czy pan mi może powiedzieć jak się dostać do centrum?”
Czasami mam wrażenie, że we wszystkich moich ekskursjach towarzyszy mi jedna i ta sama kobieta – moja anielica, przebierająca się w rozmaite mundury, otaczająca mnie – kompletnego łamagę i życiowego niedojdę – łagodną opieką i pomagająca dotrzeć na miejsce. Ciekawe, że z podobnymi pomocowymi inicjatywami nigdy nie występują faceci, których napotykam w trasie. Gdy raz konduktor obudził mnie w niewłaściwym (dla mnie) pociągu, śmiał się tak, że zacząłem się bać, czy mu oczy nie wypłyną. A potem poszedł „na czoło pociągu” ocierając łzy wierzchem dłoni i tylem go widział; nie pomógł, w mundur skubany.
Tak. Nie ta wrażliwość.
