Justin Timberlake to świetny chłopak z poczuciem humoru. Iloraz jego inteligencji na pewno nie pozostawia wiele do życzenia, chce i umie śpiewać i przede wszystkim ma „fajne” piosenki.

REKLAMA

I właściwie za to ostatnie go lubiłam. Nie całym sercem, ale od czasu do czasu puściłam sobie to i owo. Pewnego jednak razu, będąc w stanie totalnego braku pomysłu, co sobie puścić do ćwiczeń, pomyślałam, że zobaczę jeden z jego koncertów. Zmieniłam wtedy zdanie na temat amerykańskiej muzyki pop z komputera. Wcześniej nie traktowałam tego zbyt serio. Bardziej rozrywkowo. Ale zespół, który towarzyszył JT grał doskonale! I właśnie wtedy stwierdziłam, że drugi raz raczej takiego składu nie usłyszę w Polsce. Jedziemy!- krzyczę do drugiego pokoju. Pojechaliśmy. Przede wszystkim pierwszy szok – ludzie poubierani jak na zagranicznym festiwalu muzycznym – głównie dziewczęta. Jakby liczyły na to, że Justin zejdzie ze sceny i zakocha się „właśnie we mnie”. Myślałam, że na taki koncert ubiera się przede wszystkim ciepło. Szalik, czapka, ciepła kurtka, buty miśki – przecież to koncert wieczorem. Nad morzem. Poza tym tyle ludzi, więc nie trzeba się bać, że spotka się kogoś znajomego i będzie wiocha! Już teraz wiem, dlaczego to wszystko. Koncert JT stał się wielkim planem zdjęciowym dla tysięcy osób. Dziewczyna przede mną szczerzy się do mnie i pokazuje mi telefon. Chwile mi zajęło, zanim skumałam, że to nie do mnie, tylko do znajomych na Facebooku. Focia z rąsi ze sceną na trzecim planie. Na początku koncertu miało nastąpić zaciemnienie. Nastąpiło, ale chyba mieliśmy zorzę polarną. Gdyby ludzie z komórkami zaczęli się przewracać, miałabym powtórkę ze spadających gwiazd – wszyscy z komórkami w ręku. Ha! Justin zrobił numer, zmarnowaliście taśmę w telefonie! Na początku zaśpiewał Sinatra swoją „moją drogę”. Dziewczyny popiszczały, poskakały i wreszcie usiadły znudzone. Po Sinatrze pojawił się ONNNNNNNNNN! ALE BĘDZIE GRANIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Wyszłam po czterdziestu minutach. Jeszcze chwile pokręciliśmy się po stadionie, próbowaliśmy udawać, że jesteśmy VIP-ami z Antarktydy (zimowa kurtka), żeby wpuścili nas do strefy LUDZI Z WARSZAWY i popodziwialiśmy puste toalety. Utwory, które zdążyłam usłyszeć brzmiały tak jak na płycie. Albo być może to moja głowa podpowiadała mi niektóre partie instrumentalne, ponieważ słyszałam tylko perkusję, a właściwie werbel i „profesjonalną linię melodyczną”. No i sekcję smyczkową z kasety. Podziwiam wszystkich, którzy mają w sobie tyle ślepej miłości do tego chłopaka, który ma już tyle pieniędzy, że poprosił, żeby płacić mu w hotelach, bo nie starcza mu już miejsca na kontach w banku (Hotel Hilton już jest jego). Fajnie śpiewa, świetne piosenki, ale mimo, że nastawiłam się bardzo, bardzo pozytywnie do tego wydarzenia, uważam, że więcej można wyciągnąć z zobaczenia koncertu na YT, niż z byle jak brzmiącego (nagłośnienie, miejsce) odgrywania jak na płycie piosenek. Wracając jeszcze do komórek – przede mną, za mną ludzie stojący z komórkami, będący online na Facebooku. To nie moja sprawa, wiem. Każdy robi, co chce. Ale ciekawe, co musi czuć muzyk na scenie, który śpiewa do ludzi, którzy zainteresowani są głównie tym, co dzieje się na ich wallu. To tak jakby rozmawiać z kimś gapiącym się w monitor. Może już niedługo wokalista siądzie na krześle ze smartfonem i będzie pisał, komentował, odbierał telefon w trakcie swojego koncertu? Jakbyś się wtedy czuł?