
Teatr rzadko spotyka się z knajpą. Owszem, muzyka na żywo wciąż bywa „do kotleta”, a kabarety dla bogaczy nie stroniły od towarzystwa drinków. Jednak kultura wysoka, choć włazi wszędzie, we Wrocławiu nawet – za sprawą Ad Spectatores – do ciasnych hotelowych pokoi, industrialnych pustostanów i psudotaksówek, unika pubu jako habitatu przaśnych konwersacji, zręcznych barmanów i rynkowo bijących wszystko inne na głowę urynałów. Tym razem zagościła jednak, niczym z rogu renifera, obfitości wora Świętego Mikołaja, do Cafe Manana – przybytku o wnętrzach mrocznych, eklektycznych, jednakowoż z tarasem.
Tegoroczna edycja Europe Live Game przyciągnęła artystów teatru z kilku miast Starego Kontynentu. W kolejnych dniach będą mieli okazję zaprezentować swój kunszt aktorski w przedstawieniach. Jednak na razie pokazali filmy i zdjęcia. Oksana, Tamara i Mykoła z Teatru im. Łesia Kurbasa ze Lwowa specjalnie na okoliczność przyjazdu do Wrocławia nakręcili film o swoim mieście. Przyjemnie było rozpoznać, trafnie lub nie, charakterystyczne miejsca, w których poruszali się twórcy.
Agnes i Peter z eksperymentalnego Teatru z Budapesztu pokazali „Podróż w głąb Budapesztu”, zaś aktorki z Berlina – serię zdjęć z tego pięknego miasta. Wszystkim tym projekcjom towarzyszyła nastrojowa muzyka, którą na klawiszach, owszem, zerkając na ekran, aby zareagować odpowiednio, na żywo wykonywał Marcin Grabosz.
Allesandra Donati i Valeria Cocco miały zdjęcia z Włoch, ale próby pokazania ich z komórki za pomocą kamerki z notebooka mogły co najwyżej uruchomić wyobraźnię widzów. Gwar w pubie sprawiał, że należało na własny użytek rozstrzygnąć, czy kolejna biała plama z wyświetlacza telefonu została zaanonsowana jako „penis” czy „Venice”. W ramach rekompensaty za ewentualne szkody moralne druga z artystek z Livorno pokazała film o krajobrazie rodzimej Sardynii, z którego między innymi wynikało, że jej babcia nie wymieniłaby Urzulei, w którym się urodziła i chciałaby umrzeć (Ela uświadomiła mi, że życie mogła spędzić gdzieś indziej) „na sto Niemiec”.
Kameralna przestrzeń sprawiała, że można było słyszeć komentarze i ten wszechobecny „small talk” zwielokrotniany przez alkohol. Było coś perwersyjnego w tym, że kobiece trio na trzy operowe głosy wykonywało popowe standardy przy barze, pośród gawiedzi łażącej od kranika do kranika. Sona Trio w składzie: Agnieszka Drożdżewska, Izabela Strzelecka, Anna Wilczyńska, poradziło sobie z ruchem i gwarem tworząc coś niezwykłego. Warto było posłuchać i popatrzeć.
Nieco łatwiejsze zadanie miał „Pasikoń”, zaanonsowany tak śpiewający poeta, który przy akompaniamencie gitarowym lidera zespołu Wolna Grupa Bukowina, wykonał cztery kawałki, w tym „Poeci kochają naiwne dziewczynki”. Trudno było ustalić, ile na sali znajdowało się jednych i drugich, nawet jednak przy ewentualnej niedoreprezentacji którejś z tych kategorii, zwłaszcza, jak sądzę, tej drugiej, miłości na sali nie brakowało.
Przyjemnie było popatrzeć, jak filigranowa potomkini ludzi, którzy od dzieciństwa mówili wyłącznie po łacinie, siedzi miłośnie na kolanach wyższego (nawet bez szpilek) o głowę potomka Hunów i Wandalów, którego mowa przypomina tę, którą posługują się twórcy telefonu Nokia. Wybaczcie oględność tego opisu, ale przecież nie o plotki z teatralnego światka tutaj chodzi, a o oddanie atmosfery zdarzenia, które bez ministerialnego sponsorowania nie miałoby miejsca. Tak oto rząd polski, znany z zaciekłości, z niechęci do cudzoziemców innych niż Amerykanie, przyczynił się do zawiązania pięknego międzynarodowego związku, do wplecenia pośród muzy tych nieznacznych uścisków, subtelnych miziań, ukradkowych pocałunków, słowem – do podniesienia poziomu kultury i tak już przecież bardzo wysokiej.
Była jeszcze po części zasadniczej tego, co można by nazwać swoistym wernisażem Europe Live Game, możliwość posłuchania muzyki z udziałem jednego z reżyserów Ad Spectatores – Teo Dumskiego. Słowa pisane były na bieżąco na klawiaturze komputera i śpiewane do takoż na żywo granej muzyki. Niewątpliwie wiele do tego trzeba było trzeźwości. Koncert miał miejsce w niejakim oddaleniu od baru. Słusznie cieszył się dużym zainteresowaniem. Tego rodzaju improwizacja w czasach, w których wszystko jest wyreżyserowane, a nawet teatr jednego aktora jest teatrem dwóch reżyserów (zasadniczy i asystentka), należy do rzadkości. Odrobina okiełznanej spontaniczności, zblazowanej nieprzewidywalności wychodzi na dobre nie tylko twórcom. Święty Mikołaj, przy którego ulicy się to wszystko działo, nie miał się czego wstydzić.
„Moje miasto prywatne”. Grupa Artystyczna Ad Spectatores. Cafe Manana, ul. Świętego Mikołaja 11, 21 sierpnia 2014.
