Straszą nas tym kryzysem. Oj, straszą... W muzyce jest odczuwalny od dawna, biorąc pod uwagę zapełnione kluby. Tzn. pustawe bardzo często. Niektóre, jak legendarna "Łódź Kaliska" w Łodzi, rezygnują z doznań jazzowych, twiedząc, że to zbyt "niszowe". Chyba z tego powodu, bo nie pytałem. Nie zamierzam też oceniać tych działań. W każdym razie koncert Pink Freud odwołany, więc grupa zagra w Łodzi, ale w większej sali. A młodych ludzi, tworzących coraz ciekawiej, nowocześniej, z nową, bardzo często dojrzałą już emocjonalnością, pojawia się coraz więcej. Gdzie ich spotkać? Muszą grać, jak kiedyś, w "undegroundowych" klubach, do których przychodzą szukający wrażeń intelektualiści. Uciekający przed komercją, zakłamaniem polityki, w końcu przed samym tematem kryzysu, nie mówiąc o jego skutkach.

REKLAMA

Jazz zakazany, lata temu, był grany w zadymionych miejscach, pełnych dylematu pozostania i emigracji. Nie będę bawił się tutaj w zarys historyczny, ale potem był też okres podziemnego grania stanu wojennego. Jeszcze potem, kiedy otworzył się rynek na wielkie wytwórnie płytowe, wysyłające w eter pop-rockowy produkt, najlepiej amerykański, to wydawało się usprawiedliwianiem "zejścia z muzyką do garażu".

Teraz kryzys nas wyręczy? W tym szaleństwie metoda. Myślę nadal o kryzysie. Nie wierzę bowiem, że człowiek pogrążony w coraz bardziej uciążliwej codzienności, od czasu do czasu nie zapragnie trochę kultury. Wystarczy w odpowiednim czasie ją podać. Może tak samo ważne, by w odpowiedni sposób. Jak na tacy Chyba tak planują organizatorzy koncertów Il Divo w Polsce. W przypadku tego boysbendu mamy do czynienia z prawdziwą sztuką, biorąc pod uwagę umiejętności wokalne czterech przystojniaków. Przypomnę, jeden z Hiszpanii, drugi z Francji, trzeci ze Szwajcarii i ostatni ze Stanów Zjednoczonych - czyż nie robi się ciekawie?To także piosenki trafiające w sam raz pod strzechy, ze względu na repertuar wywodzący się z muzyki rozrywkowej. Kiedyś słyszałem Ich z B. Streisand i zrozumiałem na czym polega fenomen- szkoda, że przyjadą bez Niej.

Widziałem w Wiedniu Il Divo. Kobiety rzucające na scenę kwiaty, trzymające wiązanki, w których widniały figurki z podobiznami wokalistów. Czy Polki będą gorsze od Niemek albo Austryjaczek? Wyjdą na koncert, zabawią się wieczorem, wrócą do domu. Bez obrazy, rozumiem taki sposób bycia, obowiązki, itp. A reszta do klubów poukrywanych w starych fabrykach! Tak zruinowanych, że znowu przypomina się "kryzys". Tylko, że ta "reszta" przychodzi sama. Lubi się izolować od rzeczywistości, a nie w domu, więc nie trzeba jej zapraszać. Czym więcej tego kryzysu, tym i ich będzie więcej. Zwłaszcza młodych. Właściwiej byłoby nazwać to zjawisko "zanurzaniem się". Zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre miejsca, w których grana jest muzyka. Na przykład "Bajkonur". Tam, w świat abstrykcyjności zespołu "Tomasz Licak i Trouble Hunting" zanurzyłem się i ja.

Fajnie, z jednej strony, kontrastowało ich granie z wnętrzem, z drugiej, współgrało z elementami metalowo-betonowymi oddającymi dźwięki. Jeszcze ciekawiej improwizowali "natemat", który w przedziwny sposób był odwróceniem schematu, że Polak jest sentymentalny, a muzyka skandynawska jest zimna do szpiku kości. Tutaj, nie wiem, czy skandynawski saksofonista nie był najbardziej słowiański. Czasami mi się zdawało, że to polski gitarzysta najbardziej wieje chłodem, tworząc piękną przestrzeń. Zresztą, na tej płycie, naprawdę ciekawy skład osobowości: Tomasz Licak- sax, clarinet, Tomasz Dąbrowski- trumpet, balkan horn, Sven Dam Meinild - alto sax, tenor sax, Adi Zukanovic- rhodes, keys, laptop, Richard Andersson- bass, Anders Provis - drums. By zakończyć, na okładce skośnooki cowboy w amerykańskim stroju, siedzący na koniu, palący z uśmiechem polskiego papierosa? I ten uśmiech, ten lekko szyderczy uśmiech...