
Drugi dzień „Europe Live Game” przyniósł dwa wydarzenia: jedno było kontynuacją formuły „the floor” zapoczątkowanej we „…w moro po bułki”, a drugie – w miarę klasycznym teatralnym widowiskiem. Łączył je czas – następowały po sobie, miejsce – różne pomieszczenia tego samego Browaru Mieszczańskiego, a także, co chyba najważniejsze, międzynarodowa obsada. Jednorazowość dodawała smaczku, bo przecież gdyby się nie udało, to nie można by już było nic poprawić.
REKLAMA
Zapowiedziana na początku przedstawienia improwizacja w reżyserii Teo Dumskiego polegała na występach tandemów i tercetów aktorskich w różnych konfiguracjach. Niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że w milczeniu pokładali się na podłodze, bo przecież nie był to ten niezrozumiały nowoczesny taniec, zbyt hermetyczny, aby o nim z sensem pisać. Przeważały pantomimiczne kroki, wspomagane nielicznymi rekwizytami, z których najznaczniejszym był plastikowy taboret. Istota teatralnej formy eksploatowanej konsekwentnie przez Dumskiego polega na przeniesieniu na ekran tego, co dzieje się na podłodze w tak sposób, by powstała zupełne nowa wizualna jakość. Przestrzeń spłaszczona niemal do dwóch wymiarów przez czołgających się, przeważnie na boku, aktorów, jest niejako odzyskiwana dzięki wychwyceniu kamerą wzajemnych konfiguracji ciał w ruch lub nieruchomym napięciu mięśni, często rzekomym.
W „Live Game II” oryginalność realizacji polegała nie tylko na losowym i improwizowanym charakterze poszczególnych scen, lecz także na operowaniu różnorodną muzyką, kolorami lub ich brakiem w projektowanym obrazie, a także tworzeniem kontekstu za pomocą krótkich tekstów wyświetlanych niczym w starym kinie. Było to ciekawe, zwłaszcza w scenach z odgrywaniem emocji, choćby seksualnego pożądania i zazdrości, zauroczenia, podziwu.
Najbardziej efektownie wypadały momenty rzekomego unoszenia się w powietrzu w dynamiczny sposób lub pokonywania sił grawitacji bez ruchu. Aktorki i aktorzy wykazali dużą sprawność fizyczną, umiejętności ruchowe, koordynację i pomysłowość. Ostatnia „zbiorowa” scena rzeczywiście wymagała perfekcyjnego gospodarowania niewielką przecież powierzchnią filmowanej podłogi.
W tego typu eksperymentach wbrew pozorom bardzo istotna jest przestrzeń i jej dostępność dla widowni. Choć regularne rzędy ustawione były z należytą pochyłością, tak by widzowie z bliższych rzędów nie zasłaniali tym z dalszych, to pomysł z dostawkami taboretów praktycznie do krawędzi sceny okazał się bardzo niefortunny. Nie przyszliśmy przecież z Elą do kina, gdzie liczy się ekran, a podłoga nie ma znaczenie. Chcieliśmy mieć możliwość oglądania aktorów i ich gry, a tymczasem dwa dostawione na tym samym poziomie rzędy uniemożliwiały to. Do różnych nietypowych punktów widzenia i skrętów siedzenia jako stały bywalec Ad Spectatores jestem przyzwyczajony. Jednak brak możliwości oglądania aktorów w teatrze, choć grali zaledwie trzy metry ode mnie, był wyjątkowo frustrujący. Od czasu do czasu udało mi się zobaczyć czyjąś twarz czy nogę. Na podstawie tych krótkich wejrzeń mogłem ocenić, że sporo straciłem. Bynajmniej nie osłabiało to rosnącej irytacji.
Na drugim spektaklu tego wieczoru pierwszy rząd spełnił pokładane w nim nadzieje. Kostiumy cofnęły akcję w bliżej nieokreśloną przeszłość. Szeroka scena nie obfitowała w nadmiar rekwizytów, ale charakterystyczna dla teatru sofa, stół i krzesła pozwoliły świetnie się wyeksponować dwóm atrakcyjnym aktorkom: rudowłosej Lucynie Szierok i kruczowłosej Alessandrze Donati. Sypały po stole ryż, siedziały i wierciły się na różne sposoby, pokazywały różne kończyny, a nade wszystko grały dynamicznie i przekonująco.
Przedstawienie, kierowane przecież głównie do polskiej widowni, miało miejsce w dwóch językach znanych ziemiom, o przemieszczaniu się między którymi śpiewomowa jest w naszym narodowym hymnie. Dawało zaś efekt komiczny, gdy zamiast „si” słyszeliśmy „tak” lub następowała inna lingwistyczna wymiana.
Zabawnych momentów było więcej. „Nie będę tolerował takich teatralnych zachowań” – rzekł pan domu do goszczącej niezwykle żywej, nadekspresywnej dziewczyny, którą matka porzuciła, by pójść z kochankami (amanti?). Zważywszy na teatralną konwencję całości, przerysowaną i artystowską, słowa te zabrzmiały niczym szczebiot ptaków, chór świerszczy. Dla mnie był to przejaw humoru z górnej półki.
Większość kwestii głoszona była po polsku. Komunikatywność bilingualnego spektaklu była więc wysoka dla naszych rodaków, a pozostali obecni na widowni: Włoszka, Ukrainki, Węgier, Niemka, może ktoś jeszcze, zapewne musieli korzystać z szeptanej translacji lub udawać, że zerkają do programu z librettem. Zresztą śniadolica Carmilla śpiewała niczym w operze. Wprawdzie nie znam się na tym gatunku kultury wysokiej, ale coś mi mówi, że gdyby to była opera, to włoska.
W drugoplanowej roli zagrała „kobietę, która połknęła kij”, guwernantkę pannę de la Fontaine świetnie obsadzona Anita Balcerzak, zaś Arkadiusz Cyran bardzo dla siebie nietypowo wcielił się w poważnego, surowego, niemal groźnego ojca. Nigdy nie wypadł z roli, choć chyba trochę zmyślał. Ustaliliśmy jednak z Elą, że najzabawniejszy fragment, ten o czyścicielu obrazów z Gratzu, podał bez improwizacji, z dbałością o pełne wyeksponowanie tego, z jakiej przyczyny, po co, dlaczego ten. O pieniądzach, a więc za ile, dlaczego tak drogo i ile można stargować, nie mówił, ale widać był nie tylko ojcem, ale i dżentelmenem.
Historia związana z Zamkiem Egenberg budowanym według projektu Pierro de Pamiso w latach 1625-35 (domyślam się autentyczności historii, ale nazwy spisywałem ze słuchu) stał się niemym świadkiem tragedii. W wieku 23 lat, w roku 1668 zamordowano (?) antenatkę żony Ojca (Cyrana). To o domniemanych okolicznościach tej sprawy półszeptem rozprawiał z guwernantką. Podobieństwo Carmilli do tamtej denatki, rozpoznawalnej na obrazie, nie było przypadkowe, jednak plotki o nadprzyrodzonym, wiedźmowym czy wampirycznym charakterze sprawy wydawały się przesadzone. Tak czy inaczej, przypomniała mi Ela, „madmoiselle będzie miała koszmary”.
Fabuła spektaklu, niezbyt skomplikowana i – co w tych murach trudno uznać za niespodziankę – nieco kryminalna, nawet mroczna, pozwoliła przemycić parę ważnych prawd o ludzkiej kondycji. Po pierwsze, wyobrażenia i oczekiwania często przerastają rzeczywistość: podróżować jest cudownie temu, kto nie zaznał trudu podróży. Gdy ktoś przemierzył dystans z „włoskiej do polskiej” może z czystym sumieniem i właściwym sobie śpiewnym akcentem orzekać „nie było cudownie, nie było cudownie”.
Po drugie, wampiry są zjawiskiem rzadszym niż to wynika z debiutanckiej powieści Stephena Kinga oraz z filmowych horrorów. Spotkać strzygę, wiedźmę lub krwiopijcę (innego niż lichwiarz lub nieuczciwy pracodawca) to jak trafić szóstkę w totolotka. Jak zauważyła Ela, miłośniczka horrorów i kryminałów, Carmilla dała do zrozumienia, że morderstwa są o wiele banalniejsze niż chcieliby autorzy mrocznych fabuł. „Wymyśliłaś mnie sobie”, powiedziała do przyjaciółki.
Po trzecie, przyjaźnie możliwe są do zawiązania w każdych okolicznościach, a zazdrość, która im towarzyszy nie ustępuje tej miłosnej. Carmilla nie pozwoliła Laurze przyjąć zaproszenia na herbatkę od Claudii Felicitas. Albo jakoś tak.
Z pewnością do końca nie wyjaśniono natomiast okoliczności, w jakich parę dni wcześniej zamordowano Bertę, córką półkownika Szpicdorfa. Jeśli jednak to z tego powodu Laura miała okazję zaprzyjaźnić się z Carmillą, to ofiara słusznie została spełniona. Poszliśmy z poczuciem dobrze spożytego czasu.
„Europe Live Game dzień II”. Reżyseria: Alessandra Donati. Grupa Artystyczna Ad Spectatores przy współudziale aktorki z Włoch.
Scena w Browarze Mieszczańskim
Prapremiera: 24 sierpnia 2014
