O tym, czy Polska rzeczywiście stała się integralną częścią Zachodu powinniśmy wnioskować na podstawie twardych danych, a nie tego w jakich spotkaniach uczestniczą - lub nie - polscy ministrowie.

REKLAMA

Liczby są nieubłagane: Polskę od Niemiec czy Francji ciągle dzieli przepaść. Według danych Eurostatu, unijnego biura statystycznego, koszt godziny pracy przeciętnego polskiego pracownika - 7,6 euro - to ledwo jedna trzecia unijnej średniej i mniej niż jedna czwarta tego, co płaci się w Szwecji lub Danii. Mimo wszystkich wysiłków na rzecz zapewnienia europejskiej solidarności, Unia ciągle dzieli się na przynajmniej trzy kategorie krajów. W najbogatszych, takich jak Holandia, Austria czy Niemcy, pracodawca może ciągle wyjść na swoje płacąc ponad 30 euro za godzinę pracy (wliczone są w to oczywiście ubezpieczenia socjalne i inne narzuty). W grupie średniaków - Hiszpanii, na Cyprze, lecz także w Wielkiej Brytanii - koszt zatrudnienia kogoś przez jedną godzinę wynosi około 20 euro. W nowych państwach członkowskich unijnego Wschodu jest to mniej niż 10 euro.

Co to oznacza? Po pierwsze, dysproporcje ukazują źródła i ograniczenia polskiego wzrostu gospodarczego. Jeśli nawet polskie firmy są w stanie zdobyć zagraniczne rynki, to ich pracownicy niewiele z tego mają.

Po drugie, skoro Polska i tak ma, jak na europejskie warunki, tanią siłę roboczą, to nie musi dalej ograniczać jej kosztów. Starajmy się konkurować jakością a nie ceną: efektywnością pracy, a także - przede wszystkim! - sprawnością administracji publicznej, która powinna obsługiwać biznes, wspierając tym jego rozwój.

Po trzecie, proste domaganie się wzrostu płac - jak robili kilkanaście lat temu Hiszpanie - jest receptą na klęskę i sprawi, że utkniemy w pułapce średniego dochodu: nasze okna, krzesła i jabłka staną się mniej konkurencyjne, a produktów o wyższym stopniu przetworzenia ciągle nie będziemy potrafili wytworzyć. Chcemy, powinniśmy i możemy zarabiać więcej. Ale kluczem do tego jest zwiększenie efektywności i zmiana modelu gospodarki na taki, który będzie przyjazny dla rzeczywistych (a nie tylko formalnych!) innowacji.

Donald Tusk oczywiście nic na żaden z tych tematów wczoraj w Sejmie nie powiedział.