Od ośmiu lat jestem poza Platformą, więc mógłbym powiedzieć, iż to, kto będzie jej szefem nie jest moją sprawą i mało mnie obchodzi. Ale to, kto będzie przyszłym premierem polskiego rządu obchodzi mnie już bardzo. Tak jak każdego obywatela.

REKLAMA

Tyle że te dwie sprawy na razie (czyli do najbliższych wyborów parlamentarnych) ściśle się ze sobą wiążą. I w obydwu decydujące zdanie chce mieć odchodzący do Brukseli Donald Tusk. A problem polega na tym, że Donald Tusk zdaje się na kwestię swojego następstwa patrzeć podobnie jak parę znanych z naszej nieodległej historii Naprawdę Wielkich Postaci – czyli popełnia podobny co oni błąd.

A błąd ten zasadza się na przekonaniu, że tych, którzy mieliby za sprawą naszej decyzji czy –powiedzmy to tak – decyzyjnej sugestii objąć naszą schedę czy inne ważne samodzielne stanowisko, trzeba wybrać spośród swoich najbardziej lojalnych współpracowników. I zapomina się o tym, że przecież ów wybrany, po „objęciu tronu” będzie zdawać egzamin z własnego przywództwa i własnych wizji i decyzji, a nie z wasalnej lojalności i oddania wobec wcześniejszego suwerena.