
Tak można chyba nazwać jedną z naszych narodowych przywar. Polaryzacja dyskusji oraz postaw i idące za nią pospieszne wznoszenie nieprzekraczalnych barykad przy utworzonych w mgnieniu oka zwalczających się obozach to nasz standard.
Potrafimy się zatem kłócić tak, że aż wióry lecą... Wynika to z tego, że jesteśmy niestety społeczeństwem dość autorytarnym. Zamiast samodzielnie wnikać w problem, samodzielnie analizować go, nie bojąc się podważać prawd z pozoru oczywistych i bardzo korzystnych, wypatrujemy lidera z chorągwią „jedynie słusznej prawdy”. Z wielką łatwością sprzedajemy nasze indywidualne perspektywy w zamian za totem magicznej pewności i „jedynie słusznej opinii”.
Jako działacz świecki i liberalny przyznam, że chciałbym, aby choroba dwubiegunowości dotyczyła tylko konserwatystów, klerykałów i ultraprawicowców. Tak z pewnością byłoby wygodnie. Wielu „członków mojej opcji” chętnie na tę wygodę przystaje. Jest ona jednakże tylko złudzeniem. Nie tylko wokół Chazana, Kaczyńskiego, Terlikowskiego, czy posłanki Pawłowicz powstają kluby wojowników o „niezaprzeczalnie prawdziwe” postulaty i hasła.
Przeświadczenie o Zamachu Smoleńskim nie jest jedyną teorią spiskową obecną w naszej przestrzeni publicznej. Również osobom uważającym się za postępowców o otwartych umysłach zdarza się ulegać teoriom spiskowym. Wystarczy choćby wymienić lewicową narrację o neokolonializmie, o będącej wcieleniem zła globalizacji i idący za tym niekiedy nienawistny stosunek do USA, jak i do sojuszników tego kraju, takich jak Izrael. Ludzie, którzy rwą szaty nad jednostronnie pojmowaną dolą Palestyny i Gazy, którzy nie zwracają większej uwagi na wymagające natychmiastowej interwencji barbarzyństwo Państwa Islamskiego, ani na agresywną i niemożliwą do przyjęcia politykę Putina, śledzą niecne knowania Stanów Zjednoczonych będących, ich zdaniem, forpocztą imperializmu i neokolonializmu. Nielegalne osiedle izraelskie nadal będzie dla nich większym powodem do oburzenia, niż biegający z odciętymi głowami młodych kurdyjskich bohaterek wojownicy ISIS. O sytuacji na Bliskim Wschodzie możemy się od nich dowiedzieć na przykład tego, że wszystko to przez to, że Stany Zjednoczone chciały obniżyć ceny ropy przez nielegalny jej import z Iraku.
Wiele jest niestety feministek, które potrafią się obrazić na osobę nie popierającą Palestyńczyków, a nawet Hamasu. Jest to zadziwiające, gdyż narastający stopień łamania prawa kobiet w świecie arabskim, również w Palestynie, powinien wywoływać gorące protesty, żądania, aby zerwać jakiekolwiek kontakty z rządami i społeczeństwami prześladującymi otwarcie kobiety. Aby obłożyć te kraje embargiem. Jak wiemy, takich protestów prawie nie ma z tej strony, natomiast na wyrażające sprzeciw demonstracje mogą liczyć „globalistyczni imperialiści” czy Żydzi budujący nielegalne osiedla.
Również ludzie broniący u nas w kraju świeckości państwa potrafią stawać po stronie reżimów i społeczeństw dokonujących egzekucji za występowanie przeciwko religii islamu i prześladujących wyznawców innych religii. Osoby uważające się za lewicowców i broniące świata przed globalizmem, nie mają tylu gorzkich słów na temat feudalnych struktur istniejących w państwach, które często uważają wręcz za sojuszników w walce z imperialistycznymi Amerykanami, „tymi złymi duchami globalizacji i konsumeryzmu”.
Ale, czy konsumeryzm jest naprawdę gorszy od gwałtów na setkach tysięcy kobiet i biegania z uciętymi głowami? Albo – żeby nie strzelać z tak grubej rury – od obowiązku zakrywania się całkowicie w miejscach publicznych stosowanego wobec kobiet?
Moim zdaniem USA, pomimo licznych wad (kto i co ich nie ma?) to jedno z najbardziej humanitarnych i demokratycznych państw na świecie. Jako Europejczycy powinniśmy się cieszyć, że tworzymy z tym krajem szerzej rozumianą wspólnotę, którą wzmocni będąca w trakcie pełnej realizacji umowa o wolnym handlu. Niestety, w dwubiegunowym społeczeństwie polskim wielu „postępowcom” nie wolno wręcz cenić USA.
Do tego tekstu skłoniła mnie ostatnia eksplozja dwubiegunowości spowodowana tekstem o kazirodztwie Hartmana i nagłą modą wśród wielu postępowców na walkę o prawa kazirodców. Czego ja się w trakcie tej walki nie dowiedziałem? Że restrykcje prawne w żaden sposób nie wpływają na unikanie pewnych zachowań... Że absolutnie nie istnieje coś takiego, jak wzorce zachowań, które ludzie naśladują, zmieniając swoje podejście do seksu na przykład... Że dzieci biologicznego rodzeństwa mają równą szansę na wady genetyczne, jak na wybitne zdolności... Że dorosła osoba w związku kazirodczym po prostu wie czego chce i skoro chce – to jej brońmy. Nikt z obrońców kazirodztwa nie jest w stanie sobie wyobrazić ubezwłasnowolnienia seksualnego i psychicznego, zwłaszcza na linii rodzic – dziecko, które spokojnie może się ciągnąć po osiągnięciu przez ofiarę pełnoletności. I wtedy argument „dwoje dorosłych ludzi chce, w czym problem” jakby trochę odpada... Ale nie dla ludzi, którzy bronią kazirodztwa drużynowo, mając na sztandarach napisane słowo „postęp” (nie mylić z prawdziwym znaczeniem tego słowa) i wizerunek tego, czy innego „wodza myśli postępowej”.
Na obronę bezreflesyjnej obrony kazirodztwa powoływane są przykłady niektórych krajów europejskich gdzie jest ono mniej, lub bardziej zdepenalizowane (czyli w czasach, gdzie wielu ludzi żyje bez ślubów – w zasadzie legalne). Drużynie „postępowców” nie przeszkadza fakt, że nie ma starannych badań tego zagadnienia, a z niektórych statystyk wynika, iż depenalizacja kazirodztwa wpływa na większą ilość przypadków przemocy seksualnej w rodzinach w danym kraju. Nie obchodzą ich takie newsy, jak wskazanie bogatego merytoryczne portalu powstałego we Francji Międzynarodowego Stowarzyszenia Ofiar Kazirodztwa, które walczy o... penalizację kazirodztwa. Tu więcej na ten temat.
Obrońcy kazirodztwa bezceremonialnie łączą ten temat z prawami mniejszości seksualnych, co jest oczywistą dyskryminacją i poniżaniem postulatów ludzi, którzy rzeczywiście mają inną orientację seksualną. A wszystko to w imię „naszej drużyny”, „naszych autorytetów” etc.
Obserwując tego typu spory, tego typu budowanie tożsamości grupowej wokół „punktów zaczepnych” i „puntów obronnych” widzę, że polscy „postępowcy” i polscy konserwatyści mają nieraz podobnie autorytarno – hasłową mentalność. Najzabawniej to się przejawia na portalach społecznościowych, gdzie pod udostępnionymi artykułami, takimi jakim będzie choćby ten tekst, pojawiają się natychmiast litanie poparcia i potępienia. Jeśli autor skusi się na dyskusję z czytelnikami, bardzo często dowiaduje się, że osoby oceniające tekst i zawarte w nim idee wcale niekoniecznie są czytelnikami. Wiele osób ocenia tylko tytuł i ewentualny wstępniak, dopasowując go do „jedynie słusznej” ideologii swojego klanu, brygady... czy sam nie wiem, jak to nazwać. W takim działaniu i w takim myśleniu nie ma ani milimetra miejsca na krytyczne myślenie, na sprawdzanie różnych tez, na rozwijanie myśli.
Ciężko się dziwić, że większość rozsądnych ludzi stara się nie brać udziału w tego rodzaju sporach, trzyma się też daleko od partii i stowarzyszeń. Jednakże nieobecni nie mają głosu. Całkiem możliwe, że gdyby pewne idee „antyglobalistyczne” i „multikulturowe” nie wygrały w wielu miejscach na Zachodzie, często na zasadzie zakrzyczenia modnymi i pustymi hasłami innych głosów, nie mielibyśmy wojowników Państwa Islamskiego biegających w północnym Iraku z głowami odciętych kobiet. Być może nawet Międzynarodowe Stowarzyszenie Ofiar Kazirodztwa zostałoby w Polsce wysłuchane przez „postępowców” zanim z wypiekami na twarzy rzuciliby się do obrony „biednych, prześladowanych par kazirodczych” (swoją drogą, póki co w pełni hipotetycznych jeśli chodzi o nasz kraj, nikt nie sprawdził czy są takie przypadki). Nie przesądzam o tym, co by się stało po rzetelnej analizie „za” i „przeciw”, ale chyba warto próbować zapoznać się z jakimiś faktami, zanim zechce się wpływać na zmienianie losu innych ludzi?
Możliwe też, że umiejąc dyskutować i myśleć, nie mielibyśmy niezwykłych sytuacji typu „Zieloni bronią górników i nie dopuszczają nawet myśli o energii nuklearnej w Polsce”. Trzeba słuchać różnych głosów. Osoba mająca inne zdanie niż my, niekoniecznie jest pozbawionym mózgu diabłem (do tego brzydkim, cuchnącym siarką etc.), którego należy zakrzykiwać i którym należy pogardzać. A zdecydowanie nie tylko posłanka Wróbel potrafi robić takie rzeczy... W pismach postępowych i lewicowych (tak na marginesie - te dwa słowa niekoniecznie należy traktować jako synonimy) zdarzają się przejawy cenzury, są tematy, które nie mają szans się w nich pojawić, choć niekiedy oddają ważne elementy prawdziwych zjawisk.
Beztroska, z jaką część środowiska „postępowców” kupiła postulaty depenalizacji kazirodztwa świadczy na przykład o tym, że jednak jest coś na rzeczy w tej całej „ideologii gender”. Przecież tak żarliwe bronienie zjawiska, które ma poważne skutki uboczne, bronienie go niemal bez żadnych opartych na faktach i badaniach przesłanek, budzi niepokój. Do tej pory traktowałem całą genderomanię jak jakieś totalne szaleństwo, bo przecież warto dbać o równość praw kobiet i mężczyzn i o godziwe, pozbawione dyskryminacji życie dla mniejszości seksualnych. Ale jak widać maszyna niektórych progenderystów łatwo może zapuścić się na tereny zupełnie niesprawdzone, dla samej radości bycia „postępowcem”, ale nie koniecznie dla dobra innych ludzi.
Krytyczne myślenie jest ważne – to w końcu taka nasza wewnętrzna opozycja. Bez niej jesteśmy jak zesztywniała (auto)dyktatura dogmatu, niezależnie od tego, czy chorągiew naszego „wewnętrznego imperium” ma kolor czerwony, niebieski, czy czarny, czy jest na niej Wolter, czy Savonarola. Zaś nasze społeczeństwo jest tylko sumą takich wewnętrznych postaw poszczególnych jego członków. Dążenie do postępu społecznego, do pogłębienia humanizmu poprzez nieodrzucanie niczyich słusznych praw i postulatów, jest ogromnie ważne. Ale jeśli opiera się na „wodzowskich brygadach” i bezmyślnym, bezkrytycznym przyjmowaniu haseł (nawet jeśli jakoś tam słusznych), wtedy staje się tylko karykaturą samego siebie.
