
Miałem właśnie okazję przeczytać artykuł Zbigniewa Macha w NaTemat. Uważa on w nim, iż apel naukowców przeciwko klerykalizacji jest spóźniony. Ja zgadzam się raczej z opinią prof. Obirka, czyli z tym, że lepiej późno niż wcale... A może w ogóle nie jest późno? Ale to nie wszystko z czym się nie zgadzam w artykule Zbigniewa Macha.
Zbigniew Mach pisze:
„Religię do szkół – przypomina o tym w świetnym zamieszczonym tu w sobotę tekście Anna J. Dudek – jeden z sygnatariuszy apelu profesor Henryk Samsonowicz wprowadzał „po cichu” już w 1990!!! Dodajmy tylko – za całkowitą zgodą ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego. Decyzja ta stanowiła jedną z największych zdobyczy Kościoła katolickiego i w praktyce rozpoczęła proces klerykalizacji. Dała katechetom absolutną swobodę i brak kontroli w kwestii tego, co i jak chcą wkładać do głów naszym dzieciom. Zupełnie niepotrzebny państwu, ale niezwykle korzystny dla kościoła konkordat zawarto w 1993 roku. Ratyfikowano pięć lat później. Tego typu umów cywilizowane kraje praktycznie już wtedy nie zawierały. Nie pamiętam, aby polska nauka pisała wówczas jakiekolwiek apele, chociaż dokument w rażący sposób faworyzował jedną stronę umowy.”
Jakie były jednak nastroje w naszym społeczeństwie po odzyskaniu niepodległości? Wielu Polaków i wiele Polek czuło się wdzięcznych Kościołowi za wspieranie opozycji w czasie stanu wojennego. Mój stosunek do Kościoła w 1989 też nie był aż tak krytyczny jak teraz, gdyż jako nastolatek widziałem, iż ta instytucja wspiera działania opozycyjne... Dopiero później okazało się czarno na białym, że ma na uwadze głównie swój interes i że, po dawnemu, potrafi odbierać wolność. Nie można tworzyć wizji sugerującej, iż nasz kraj nadal jest niedemokratyczny, że politycy to przybyli nie wiadomo skąd „oni”, którzy narzucają swoją wolę zupełnie bezwolnemu narodowi polskiemu. Sądzę, że po roku 1989 spora część naszych wyborców i wyborczyń miała wolę wprowadzenia w Polsce konkordatu i – niestety – również religii w szkołach. Ignorowanie perspektywy wypływającej z tego, czego prawdopodobna większość ludzi chciała, jest jednak bezpłodne i słabe intelektualnie.
Rzeczywiście, kto jak kto, ale to właśnie naukowcy i inni przedstawiciele elit intelektualnych powinni wtedy protestować przeciwko zbyt jednostronnej formie konkordatu i przeciwko religii w szkołach, która rzeczywiście ma zły wpływ na ogólną edukację, owocując na przykład postawami autorytarnymi („jest tak, bo tak”). Te postawy autorytarne są obecne nie tylko u niektórych ludzi wierzących, ale również u niektórych niewierzących. Co oznacza moim zdaniem, że sam system edukacji w domu i w szkole sprawa, że ludzie nie uczą się myśleć logicznie i racjonalnie argumentować swoich racji. Religia, która siłą rzeczy służy głównie wdrażaniu dogmatów, ma tu z pewnością swój zgubny wpływ, podobnie jak zrównanie katechety/katechetki z każdym innym nauczycielem w oczach ucznia. Jak dobrze widać, po takiej edukacji wiele osób niezależnie od tego, czy bierze sobie do serca lekcje religii, czy też je wyśmiewa, staje się bardziej autorytarna i bardziej dogmatyczna w dyskusjach z innymi ludźmi. Lekcje religii dopełniają oczywiście ogólnego wpływu otoczenia domowego i „podwórkowego”, na co już żaden rząd wpływu nie ma, przynajmniej bezpośrednio i krótkoterminowo.
„Sądzę – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę – że termin „klerykalizacja życia społecznego” w kontekście polskich przemian wprowadziło do języka potocznego na samym początku lat 90. środowisko skupione wokół wznowionego wówczas na krótko „Po prostu”. Ćwierć wieku temu!”
To prawda. W latach 90ych takie apele były jeszcze bardziej potrzebne i jeszcze bardziej ich brakowało. Dla Racjonalista.tv śledzimy obecnie historię ruchów świeckich i laickich w Polsce, ich heroiczne działania w latach 90ych, kiedy bardzo ciężko było przebić się do mediów niechętnych często wobec ukazywania takich trendów. Teraz jest pod tym względem znacznie lepiej, nie tylko w NaTemat, który bardzo cienię. Za co dziękuję światłym dziennikarzom i redaktorom, których na szczęście całkiem sporo w naszym kraju mamy.
Zbigniew Mach pisze również:
„Autorzy apelu mogli zadać sobie trud, umieścić go w sieci i zwrócić się z prośbą do swoich koleżanek i kolegów o podpisy.”
Z tym się zgadzam. Z pewnością brakuje też w apelu naukowców przedstawicieli nauk przyrodniczych i ścisłych. Brakuje biologów, brakuje fizyków etc. Ale cieszę się mimo to, że podpisali ów apel znakomici prawnicy, poloniści, historycy, filozofowie i psychologowie... W związku z tym promujemy go też na naszych stronach. Podobnie zresztą jak naprawdę odważne głosy sygnatariuszy apelu. Ten głos prof. Stanisława Obirka można uznać za piękne motto do tego apelu:
Dalej Zbigniew Mach zwraca uwagę na sprawę profesora Hartmana:
„Komisja etyki Uniwersytetu Jagiellońskiego chce zająć się ich kolegą profesorem Janem Hartmanem. Apel o jego usunięcie z tej szacownej uczelni podpisał podobno 18 tys. osób! Czekam na list w obronie Hartmana. Nie zrobił absolutnie nic, co naruszałoby zasady etyki czy służby prawdzie. To znakomity przykład jak przenikająca życie społeczne lepka atmosfera strachu przed kościołem pozwala tego typu komisjom zajmować się tym, czym nie powinny. W tej sprawie też warto napisać protest. Nie jest tak donośna jak kwestia klerykalizacji, ale stanowi jej pokłosie. Dotyczy fundamentalnej w demokracji wolności wypowiedzi.”
Moim zdaniem wpis profesora Hartmana o kazirodztwie, który tak oburzył część opinii społecznej w Polsce, nijak się ma do kwestii świeckości państwa. Dyskusja i działania zapoczątkowane przez ten wpis nie mają niestety wiele wspólnego z uczciwą debatą. Z jednej strony w środowisku prolaickim pojawiły się liczne głosy „niewidzące problemu” w kazirodztwie (również na linii rodzic - dziecko, co z pewnością zawsze jest przemocą!), z drugiej strony niektórzy konserwatywni oponenci uderzyli w wątki antysemickie etc., choć z tego co widziałem w komentarzach, wpis o kazirodztwie oburzył też wielu Polaków żydowskiego pochodzenia (wielu z niewielu dokładniej mówiąc). Złączenie tematu kazirodztwa poruszonego niezręcznie (moim zdaniem) przez profesora Hartmana z zabieganiem o świeckość państwa (albo z atakowaniem idei świeckości państwa) jest jednym wielkim nieporozumieniem. Pisałem już o tym szerzej do NaTemat tu i tu.
Jeśli miałbym coś poradzić, to moim zdaniem profesor Hartman powinien się teraz przede wszystkim odciąć od ludzi zachwalających bezrefleksyjnie kazirodztwo w myśl „grania w jednej drużynie”. Bez tego ów wpis, który szybko zniknął z Polityki, naprawdę jest szkodliwy i tłumaczy po części oburzenie środowisk prawicowych i konserwatywnych. Ja osobiście jestem wstrząśnięty tym, jak łatwo części „postępowców” przychodzi obecnie afirmacja i usprawiedliwianie czegoś naprawdę groźnego, jak propozycja rozważenia przymykania oczu na kazirodztwo rodzic – dziecko (inna rzecz, że wiele z tych osób po prostu nie wie, do czego się w zasadzie odnosi, w myśl zasady „łatwiej pisać niż czytać”). Oczywiście, prof. Hartman napisał, iż on sam nie jest za legalizacją (później dodał depenalizację), ale jednak padły takie zdania jak:
„Wszystko, co mamy na podorędziu [przeciwko kazirodztwu], jest natury religijnej i obyczajowej. Ale to, że obyczaje wszędzie tego zakazywały, to wiemy aż nadto dobrze i wiemy też, jakie było praktyczne źródło tych zakazów.”
„Co więcej, jest pewien argument na rzecz tolerowania kazirodztwa. Jeśli udaje się powiązać harmonijnie miłość macierzyńską albo bratersko-siostrzaną z miłością erotyczną, to osiąga się nową, wyższą jakość miłości i związku.”
Możliwe, że poprzez taką formę chciał profesor Hartman dotrzeć do większej ilości odbiorców. Ale przyzwolenie na kazirodztwo (w każdej jego postaci) wyrażane obecnie przez niektórych „postępowców” pokazuje, że to z pewnej perspektywy być może skuteczne zagajenie tematu zdecydowanie nie wyszło na szerszą skalę (i czy rzeczywiście było konieczne?). I to głównie nie dlatego, że część naszego społeczeństwa jest „ciemna”, ale dlatego, że zbyt wielu „postępowców” ma ów postęp wpisany w swoje myślenie jako odruchową modę, a nie postawę wypływającą z przemyśleń i rzeczywistego szacunku dla praw człowieka.
Oczywiście nie należy zwalniać z pracy profesora za niezręczny esej i nawet za niechęć do pełnego przyznania się do ewentualnych własnych błędów. Gdyby zacząć zwalniać z pracy utytułowanych akademików za niebędące pracami naukowymi wypowiedzi odbiegające od obiektywnego namysłu, byłaby to prawdziwa „noc długich noży”...
„A my będziemy mogli sobie tylko pokrzyczeć. Choćby na tym portalu. Jednym z nielicznych zresztą, gdzie w ogóle jeszcze można. I tyle naszego. Czyli – nic.”
Moim zdaniem trzeba być rzetelnym i sprawiedliwym, aby postulować o zmianę w Polsce na lepsze. Jeśli słuszne postulaty toną w rzeczach niesprawdzonych, w przemilczeniach, w czarno – białej ocenie postaw, niewiele to warte...
Ostatnio miałem przyjemność odbyć dla Racjonalista.tv krótki wywiad z przewodniczącym SLD Leszkiem Millerem, który również zwrócił uwagę na nadmierną klerykalizację naszego kraju:
W narracji części zwolenników świeckości państwa jest Leszek Miller postacią nad wyraz kontrowersyjną. Jemu i byłemu prezydentowi Kwaśniewskiemu przypisuje się znaczącą pomoc w klerykalizacji kraju. Moim zdaniem umyka w tym wszystkim perspektywa tego, co chciała większość Polaków (nie ja!).
Ciekawym aspektem był też proces wchodzenia Polski do Unii Europejskiej. Wówczas niektórzy prolaiccy politycy rzeczywiście zabiegali o poparcie Kościoła, uznając, iż szansa na wejście do UE jest sprawą najważniejszą (z czym się zgadzam). Wypowiedział się o tym ciekawie Piotr Gadzinowski, jak wiemy naprawdę ostry antyklerykał i współzałożyciel Ruchu NIE, który zgodził się z istniejącą podówczas opinią, iż „Paryż wart jest mszy”:
Faktem jest, że nawet ten z założenia niesprawiedliwy dla Polski konkordat jest często łamany przez różnych polityków na rzecz Kościoła. Panuje wciąż moda na schlebianie tej instytucji, w nadziei na to, że takie jest życzenie wyborców. Wydaje mi się, że nasi politycy coraz bardziej się w tym mylą, ale owo „wydaje mi się” powinno zostać zweryfikowane o rzeczywisty wynik wyborczy. Faktem jest, że w wyborach do Parlamentu Europejskiego jawnie antyklerykalna koalicja Europa Plus Twój Ruch przegrała z kretesem. Oczywiście wyborcy nie kierowali się przy głosowaniu tylko oceną postaw antyklerykanych i oceniali też inne wady, czy po prostu inne bardziej neutralne aspekty niespełniania ich oczekiwań światopoglądowych. Jednak, gdyby kwestia nadmiaru Kościoła w polityce była rzeczywiście kluczowa dla wielu ludzi, wynik Europy Plus Twój Ruch byłby lepszy. To kolejny argument na to, że na apel naukowców w sprawie klerykalizacji kraju nie jest za późno.
Ja osobiście będę trzymał kciuki za liberalnych i merytorycznych polityków z SLD i PO, mając też nadzieję, że również Twój Ruch podniesie się z upadku, którego główną bezpośrednią przyczyną jest niemal całkowite odrzucenie przez wyborców całkiem sensownego programu zaprezentowanego przez tę partię w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wsparłem ten program osobiście, startując wtedy z ich list. Przydałby się też dobry wynik Partii Zieloni, bo brakuje w naszej mainstreamowej polityce głosu obrońców środowiska. Dziennikarska afera z kandydatką na prezydentkę Warszawy ujawniła niestety nie dziwny w sytuacji bycia póki co na bocznym torze polityki brak doświadczenia. Moim zdaniem Zieloni nie powinni być też tak mocno lewicowi, bo przecież nie tylko lewicowcy chcą chronić naszą przyrodę, ale to tylko moje zdanie i nie tylko w Polsce Zieloni są bardzo lewicowi. Jest też z pewnością w Polsce wiele mniejszych ugrupowań politycznych, za które warto trzymać kciuki, ale dopóki nie przebiją się do szerokiego mainstreamu ciężko przewidzieć, które z nich obok pięknych idei mają też szansę na fizyczny byt na scenie politycznej.
Nie będę miał natomiast szczególnego uznania dla osób, które nie idą do urn wyborczych, kiedy rzeczywiście można coś zmienić. Te same osoby później są szczególnie roszczeniowe na wszelkiego rodzaju Facebookach i szczególnie krytyczne wobec pragmatycznych polityków takich jak Leszek Miller i Ewa Kopacz. Jest to pewna pułapka myślenia - łatwo być lepszym od wszystkich, jeśli samemu się nie działa. Nie działając nie popełnia się błędów, nie trzeba też iść na kompromisy. Łatwo wtedy wymagać ideału i zasypywać przestrzeń wirtualną "szlachetnym zgrzytem zębów". Takim osobom potrzebna jest moim zdaniem edukacja obywatelska, bo albo nie idą głosować, albo marnują swoje głosy na utopijnych ideologów takich jak Janusz Korwin Mikke i jemu podobni, zarówno po prawej stronie, jak i po lewej stronie ideowych ekstremów. Dlatego głos naukowców jest ważny dla nas wszystkich – nie tylko dla tej konserwatywno - klerykalnej części naszego społeczeństwa, ale również dla tej uważającej się za postępową. Dziękuję zatem naszym naukowcom za ten apel i proszę o dalsze ingerencje pro publico bono! Jeszcze bardziej potrzebne są chyba apele do samego społeczeństwa...
