Dzięki sławnemu już zagraniu marszałka Sikorskiego wszyscy są poobijani. Wygrał tylko Putin.

REKLAMA
minnpost.com

Całą aferę szybko mógł zakończyć przewodniczący PO, obecny w kraju Donald Tusk. Nie odezwał się jednak słowem, dał się pogrążyć wszystkim po kolei. Jego postawa pokazuje, że swoich kumpli z rządu i partii ma już serdecznie dość. Szkoda tylko, że przy okazji rachunki płaci kraj, na czele którego stał przez 7 lat.

Aferę mogła też szybko zakończyć Ewa Kopacz, wspólnie z ministrem spraw zagranicznych Grzegorzem Schetyną. Mogli błyskawicznie sprawdzić, że spotkania, o którym mówił Sikorski, w ogóle nie było. Potrzebowali na to jednak aż 24 godzin. Ciekawe, dlaczego?

Sam główny bohater afery objawił się wczoraj po raz kolejny, i zapewne nie ostatni, jako człowiek, który ma kłopoty ze zdefiniowaniem własnej osobowości. Gdy opublikowano jego potajemne nagrania, Donald Tusk, Platforma, PSL, wspólnie uznali, że to nie przeszkadza, by dalej był ministrem, a nawet awansował na marszałka.

Wczoraj Sikorski sprawdzał odporność opinii publicznej na mocniejszy numer. W ciągu 24 godzin, według zasady "jestem za, a nawet przeciw", ogłosił sensację, po czym przeprosił za konfabulację. Nie w sprawie Tybetu, Sahary Zachodniej, zwalczania apartheidu, tylko dotknął tematu, który jest najwyższym priorytetem w polskiej polityce zagranicznej. Dziś broni go jedynie "Gazeta Wyborcza", zapewne z wdzięczności za wyłączny wywiad.

Na koniec mała uwaga dla redaktorów tego wielkiego dziennika – gdy publikujecie wypowiedzi Radosława Sikorskiego, warto je opatrzyć datą i godziną, bo nie wiadomo, co koniec końców okaże się prawdą, a co nie.