
11 listopada, Święto Niepodległości wszystkich Polaków. Święto, które powinno łączyć, przynosić radość. Kolejny już jednak rok to nie święto, to dzień podziałów to dzień manifestowania agresji, wyrażania przemocy (nie tylko) słownej… i niestety dzień, gdy niektórzy Polacy obawiają się wyjść z domów.
Część 11 listopada spędziłem na Dworcu Głównym PKP, siedząc w kawiarni i pracując zdalnie. Nie wiedziałem, że to miejsce wyznaczono jako początek „marszu patriotów” (cudzysłów zdecydowanie jest na miejscu, gdyż ta nazwa im się nie należy) organizowany przez NOP i inne środowiska nacjonalistyczne. Jednak nawet nie wiedząc o tym, szybko zostałem uświadomiony zauważając dwa trendy – pierwszy to zdecydowanie zwiększająca się liczba krótko ostrzyżonych, młodych mężczyzn z szalikami, czapkami, czy bluzami Śląska Wrocław (i okazyjnie innych zespołów piłkarskich), którzy zaczęli kroczyć wokół dworca i przez niego przenikać; drugi zaś to rosnące zaniepokojenie (wyrażane także słownie) niektórych klientów kawiarni lub zwykłych podróżnych przechodzących przez dworzec.
Korzystając z maskującego w tej okazji stroju składającego się z czarnych dresowych spodni i szaro-czarnej bluzy z kapturem udałem się przed dworzec, gdzie nie odróżniałem się od manifestantów. Krążyłem pomiędzy grupkami wyłapując niektóre komentarze, przypatrując się niektórym zachowaniom, starając się wczuć w klimat marszu. Czas spędzony tam pozwolił mi z zweryfikować część argumentów, które błyskawicznie pojawiły się pod artykułami o marszu np. w Gazecie Wrocławskiej, czy Wyborczej. Tak, wśród manifestantów były rodziny z dziećmi (co chyba każdy reportaż z marszu podkreślał), ale stanowiły margines – powiem więcej – marginalny margines. Zdecydowaną większość stanowili młodzi mężczyźni często zaopatrzeni w najprawdziwsze artefakty patriotyzmu – kibicowskie elementy garderoby.
Wystarczyło kilka minut spędzonych pomiędzy uczestnikami marszu, bym doskonale zrozumiał, skąd wzięła się obawa ludzi nieprzystających do schematu narodowego Polaka, heteroseksualnego chrześcijanina o białej skórze, nie wyróżniającego się strojem, który mógłby zostać uznany za „lewacki” (i tu zestaw wyznaczników estetyki „lewaka” jest płynny i zmienny w zależności od okoliczności, liczności grupy kontrolującej oraz poziomu ich agresji). Przysłuchiwanie się fragmentom historyjek o bójkach (a raczej o „zmasakrowaniu” danej jednostki), przyglądanie się, jak kolejni członkowie marszu „na sucho” wykonują ciosy w powietrzu (a jeszcze zanim marsz ruszył zauważyłem takich osób kilka), co wywołuje aplauz ich kolegów, słuchanie powtarzanego hasła „Polska tylko dla Polaków” i najróżniejszych, już niecenzuralnych jego wariacji, słuchanie „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” i utyskiwania na wyimaginowanych komunistów kończącego się groźbami rozwiązań siłowych jako jedynego wyjścia – zostać uznanym za wroga w tych okolicznościach można było niezwykle łatwo i mogło się to skończyć tragicznie…
Jak łatwo stać się ofiarą takiego tłumu przekonał się zresztą prawicowy dziennikarz w Warszawie:
Ta wielka grupa ruszająca spod Dworca Głównego we Wrocławiu była jak tykająca bomba, której brakowało tylko detonatora w formie wymówki, by agresja wyrażana słownie przekształciła się w czyny. A wymówką przecież mogło być cokolwiek – pokazały to dobitnie wydarzenia z Warszawy. Wróciłem do hali dworca i miałem okazję porozmawiać z kilkoma osobami, które nie przystawały do modelu białego, heteroseksualnego, prawicowego Polaka. Te osoby całkiem słusznie bały się wyjść i wracać do domu, obawiały się przejść przez (lub zaraz obok) zbiegowiska kilku tysięcy narodowców, by nie paść ofiarą ich „patriotycznego uniesienia”. Niektórzy z tych osób wybrali znacznie dłuższą, okrężną drogę, inni czekali na pomoc w postaci samochodu, który podjechał pod sam dworzec, lub na zakończenie marszu. Jeden znajomy (z łatwością wpisujący się w pożądane przez narodowców kategorie prawdziwego Polaka) uznał, że nie będzie czekał i ruszy do domu przez ten tłum, po czym po jakimś czasie referował telefonicznie, jak to prawie nie został pobity gdyż „nie poczęstował szlugiem”. Inni, mniej „polsko wyglądający” woleli nie ryzykować…
Tym, co dla mnie było i jest najgorsze i niedopuszczalne w tej smutnej sytuacji jest to, że środowiska narodowe próbują ukraść nie tylko święto niepodległości ale i przestrzeń publiczną. W jakim żyjemy kraju, że część Polaków BOI SIĘ wyjść z domu 11 listopada, kojarzy to święto ze strachem i przemocą? Jak mogliśmy dopuścić do tego, że ten dzień jest dla części osób czarnoskórych, gejów, lesbijek, Romów i wszystkich nie przystających do kanonu „narodowości” dniem podwyższonego ryzyka, gdy trzeba jeszcze bardziej uważać gdzie się idzie i spodziewać się znacznie większej liczby słownych inwektyw? Jak mogliśmy dopuścić, by okradziono nas z radości związanej z rocznicą odzyskania niepodległości i wtłoczono w nas strach i poczucie, że możemy nie przystawać do jakiejś wyimaginowanej kategorii „prawdziwego Polaka”, za co możemy zostać ukarani…
Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale wiem, że łzy jednej, nieprzystającej do etnicznego klucza narodowców Polki powiedziały mi więcej o stanie naszego kraju, niż sześć tysięcy maszerujących „patriotów” manifestujących swą „narodową dumę”…
