25 lat po upadku muru berlińskiego, Europa stanęła pod kolejną ścianą: w przenośni i dosłownie. Pod ścianą własnej bezsilności i pod granicznym murem, który ma oddzielić cywilizowany kontynent od rosyjskiego Mordoru. Swoim murowanym pomysłem jeszcze w sierpniu podzielił się ówczesny premier Ukrainy, Arsenij Jaceniuk – teraz, tuż przed głosowaniem w Radzie Najwyższej nad jego kandydaturą na stanowisko szefa rządu, Jaceniuk odgrzał pograniczną ideę. Jego zdaniem tylko budując wielkie fortyfikacje graniczne między Ukrainą a Rosją, w tym: Krymem (w sumie 2295 km.), można będzie powstrzymać rosyjska agresję. „Zaczynamy projekt ŚCIANA – zapowiedział Jaceniuk - to jedyny sposób na stworzenie realnego i skutecznego kordonu między Ukrainą a Rosyjską Federacją“.

REKLAMA

Taki scenariusz, ze zmiennym szczęściem, wiekami ćwiczyli Chińczycy, przez dziesięciolecia - Niemcy, teraz boryka się z nim Izrael i Palestyna. Gdzie armia nie może, murarzy pośle.

Ale ten mur ma być także częścią nowej doktryny obronnej Ukrainy, w której Rosja - jak mówi sam Jaceniuk - powinna być uznana za agresora, mocarstwo, które zagraża terytorialnej jedności i bezpieczeństwu nie tylko Ukrainy, ale całej Europy. Kilkumetrowej wysokości zasieki, wieżyczki wartownicze i aparaty samostrzelające, pasy ziemi niczyjej i elektroniczne pola minowe, aparatura na podczerwień, detektory ciepła i ruchu…

Ręce opadły nawet Angeli Merkel, która świętuje rocznicę upadku Muru Berlińskiego. Czemu ma służyć taki mur graniczny ? Rosyjskich czołgów nie powstrzyma, piechoty idącej ich śladem też nie. Tym bardziej, że taktyka współczesnej wojny przewiduje w pierwszej kolejności neutralizację przeciwnika przy użyciu lotnictwa i ciężkiej artylerii a dopiero potem wprowadzanie tam wojsk lądowych. Wszystko wskazuje na to, że Jaceniuk korzysta z okazji na wyłudzenie od Zachodu kolejnych kredytów. Chyba, że jest politykiem myślącym bardzo perspektywicznie – z wysokości swego urzędu widzi już mlekiem i miodem płynącą Ukrainę w szeregach Unii Europejskiej i NATO a „Ściana“ ma powstrzymać nieuchronną falę uchodźców z Rosji.

Na razie jednak w Rosji nikt się na Zachód nie rwie. Przeciwnie – ludzie są coraz bardziej wściekli. Paradoksalnie nie na Władimira Putina a na Unię i USA. Ulica powtarza tezy, lansowane przez kremlowską propagandę: to Zachód sprowokował zamieszki na Majdanie, zmusił Rosję do aneksji Krymu i „obrony swych obywateli“ na Wschodzie Republiki. Inaczej, pod pretekstem powstrzymania rosyjskiego imperializmu, już stacjonowałyby tam wojska amerykańskie. Tym bardziej, że runęły plany budowy tarczy antyrakietowej i amerykańscy generałowie postanowili po prostu „przesunąć“ granice Sojuszu Atlantyckiego jeszcze bardziej na Wschód. Nie udało się w 2008 roku w Gruzji, miało udać się teraz.

Amerykanie po raz kolejny się przeliczyli: Putin ubiegł wszystkich, zajmując Krym a tym samym nie dopuszczając do rozmieszczenia tam amerykańskiej armady wojennej na Morzu Czarnym. Tyle, że to właśnie Putinowi najbardziej zależało na Krymie. Okazał się szybszy w działaniu, wywołując wściekłość NATO i Unii i to on teraz rozmieszcza na półwyspie swoje głowice jądrowe. Już tam są bombowce strategiczne TU-22M3, uzbrojone w rakiety średniego zasięgu X-15 i X-22, które mogą przenosić ładunki zarówno konwencjonalne jak i jądrowe. A to wywraca całą koncepcję bezpieczeństwa w Europie i na świecie do góry nogami.

Dlatego dla Rosjan Putin jest bohaterem a Zachód przyczyną wszystkich trudności. Tutaj już nawet nie o sankcje chodzi – Rosjanie są przekonani, że to Waszyngton stoi za spadkiem cen ropy naftowej,a co za tym idzie: 30-procentowej dewaluacji rubla. Dlatego Rosjanie są wściekli. I dlatego chcą się mścić – niekoniecznie przy użyciu głowic jądrowych. W pierwszej kolejności zemsta dosięgnie właścicieli alpejskich kurortów narciarskich. Na próżno włoscy, austriaccy, szwajcarscy i francuscy hotelarze, restauratorzy i sklepikarze wypatrywać będą w Nowy Rok swoich rosyjskich klientów, szastających gotówką na lewo i prawo. „Russo turisto“ nie przyjadą nie tylko dlatego, że ich teraz na to nie stać, ale także z powodów patriotycznych: „jeśli wy znami tak (sankcje, nagonka, bojkoty), to my wybieramy góry Kaukazu, Soczi, Elbrus, nawet Ural czy Kazachstan. Baza turystyczna może gorsza, ale nikt tam na nas krzywo nie spojrzy“.

Jaceniuk niesłusznie obawia się więc napływu fali rosyjskich uchodźców a Amerykanie – eskalacji zbrojnego konfliktu. NATO samo zauważa zmniejszenie aktywności wojsk rosyjskich przy granicy z Ukrainą, militaryzacja Krymu jest naturalną konsekwencją wojny i na tym jej faza otwarta przechodzi w pełzającą. Strategicznie i propagandowo Zachód tę wojnę przegrał z kretesem, przede wszystkim z powodu trojańskiego konia, jakim był dla Unii energetyczny i militarny biznes Zachodu z Rosją, Mocno spóźnione próby nadrabiania swojej nieudolności obsadzaniem w Polsce i Republikach Nadbałtyckich kilkunastu amerykańskich oficerów, kilku śmigłowców i helikopterów oraz koncepcja odgrodzenia się od rosyjskiego agresora murem granicznym a także grożenie kolejnymi sankcjami wywoływać może tylko politowanie. Także propagandowo Unia i NATO nie były gotowe do takiej hybrydowej wojny: sowieckie doświadczenia Kremlowi się przydały jak nigdy. A właśnie ten również postsowiecki barak na samej Ukrainie tylko Moskwie ułatwił i ułatwia zadanie – oligarchowie, układy, walka o władzę, korupcja, kumoterstwo nie sprzyjają europejskiemu wizerunkowi Republiki.

Wbrew marzeniom Jaceniuka i władz w Kijowie „Ściana“ jeszcze długo nie będzie wytyczać nowych granic Unii Europejskiej. Co najwyżej będzie można do niej przypiąć różne deklaracyjne umowy stowarzyszeniowe. Tak po prostu, pinezkami. Dla lepszego samopoczucia.