Rada Najwyższa zdecydowaną większością głosów poparła zmianę statusu geostrategicznego Ukrainy. Dotychczas obowiązywała zasada, że Unia Europejska tak, ale NATO niekoniecznie. Nie było to tylko widzimisię kolejnych rządów i prezydentów. Większość Ukraińców nie pałała miłością do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Gdy na przykład planowano wspólne manewry morskie, bez trudu udawało się Partii Regionów gromadzić demonstrantów przeciwko takim akcjom.

REKLAMA

Niektórzy twierdzą, że wczorajsza decyzja ma charakter historyczny. Nie zgadzam się z tą tezą. Ukraina już dwukrotnie chciała zbliżyć się z NATO – raz za Kuczmy, raz za Juszczenki, – ale wtedy Sojusz jej nie chciał. Co więc zmienia się dziś? Podjęta decyzja zobowiązuje władze do radykalnych reform państwa, a przystosowanie armii do standardów sojuszniczych nie jest sprawą najważniejszą. Gdy Polska wstępowała do NATO, najwięcej rozmawialiśmy o demokracji, cywilnej kontroli nad wojskiem, jakości prawa, a dopiero na końcu padało pytanie, czy nasi żołnierze mówią po angielsku i co tak naprawdę potrafi polska armia.

I jeszcze jedna ważna okoliczność. Ukraina de facto znajduje się w stanie wojny. Jeśli parlamentarzyści w Kijowie myślą, że przez wczorajszą deklarację uzyskają militarne zaangażowanie Sojuszu, to się mylą. Najpierw muszą sami (oczywiście z naszym wsparciem) uporządkować własne granice, a potem będziemy mogli mówić o współpracy i członkostwie w NATO.

Ukraina skończyła wczoraj czas naiwnego myślenia, że jeśli będzie się trzymać daleko od NATO, Rosjanie zaakceptują status quo. Nie zaakceptowali, a marzenie o połknięciu całej Ukrainy będą towarzyszyć obecnemu i przyszłym przywódcom Federacji Rosyjskiej.

PS Wszystkim Czytelnikom składam życzenia Dobrych Świąt i Ciekawego Nowego Roku. Ciekawego, bo lepszy być musi, przynajmniej politycznie :-)