Przez ćwierć wieku od uchwalenia Planu Balcerowicza politycy, media, pracodawcy chorują na neoliberalizm. Świat po kryzysie gospodarczym wyzwala się ze skrajnie wolnorynkowego zaczadzenia, a Polska na tym tle pozostaje liberalnym skansenem. Wirus diagnozuje Rafał Woś w swojej „Dziecięcej chorobie liberalizmu”.
Książka dziennikarza ekonomicznego „Dziennika Gazety Prawnej” jest jak podręcznik medycyny. Woś wskazuje na przyczyny zapadnięcia na neoliberalną chorobą (zarażenie), opisuje jej objawy i przedstawia sposoby leczenia. Dla pokoleń, które dorastały, uczyły się, wchodziły na rynek pracy, zakładały biznesy, rządziły przez ostatnie ćwierćwiecze - dla budowniczych polskiego kapitalizmu - może być to lektura obrazoburcza, rewolucyjna, wywrotowa. Wszak nie znamy alternatywy, wolnorynkowy leseferyzm jest religią państwową w kraju monoteistycznym. Świętościami są niskie podatki i elastyczne formy zatrudnienia, grzechami „socjał”, strajki i związki zawodowe. W takiej religii ukształtowały nas media, które od 25 lat forsują dogmatycznie liberalną narrację. Przez ten czas nie było nawet lewicowego wahnięcia w polityce ekonomicznej rządów, ponieważ politycy od prawa do lewa od 25 lat wprowadzają liberalne reformy, np. najbardziej efektownej obniżki podatku CIT dokonał rząd Leszka Millera, zaś największej obniżki podatku dochodowego – praktycznie wprowadzając podatek liniowy – dokonał rząd PiSu. Brak alternatywy wobec neoliberalnego dogmatu symbolizuje TINA (There is no alternative), czyli głębokie przeświadczenie, że inaczej się nie da: trzeba prywatyzować, ciąć wydatki, obniżać podatki, uelastyczniać rynek pracy.

Zwolennicy korekty tego kursu mogli co najwyżej otrzymać etykietę „komucha”, marksisty, szkodliwego „lewaka”. Dla wielu za takiego zapewne ujdzie autor „Dziecięcej choroby liberalizmu”, który zadaje kłam liberalnym mitom i dogmatom, a co najmniej wskazuje, że jest alternatywa, że szczególnie po 25 latach zaciskania pasa, komercjalizacji państwowego, uelastyczniania, czyli zaśmiecania (od „śmieciówek”) rynku pracy można już zastanowić się nad realizacją zapisanej w Konstytucji społecznej gospodarki rynkowej, którą Europa Zachodnia cieszy się od lat pięćdziesiątych. Rafał Woś nie przebiera w słowach. Wszak uświęcone koncepcje rozwoju gospodarczego nazywa „chorobą”, a jednowymiarowe myślenie o makroekonomii jest dla niego „zaczadzeniem”. Tezy przełamujące neoliberalne „prawdy objawione” są jednak poparte liczbami i statystykami, których celowo nie przytaczam, by zachęcić to przeczytania książki, zobrazowane przykładami i porównaniami, podparte bogatą literaturą tak spod znaku Hayeka i Fridmana, jak i Keynes’a i Piketty’ego. Dobrze się to czyta, bo autor jest dziennikarzem, publicystą, a nie pracownikiem naukowym, a „Dziecięca choroba liberalizmu” nie ma ambicji pozycji naukowej, a raczej zadatki na popularno-naukowy bestseller. Publikacja może otwierać dyskusję nad nową strategią rozwoju społeczno-gospodarczego, przełamywać neoliberalny konsensus, obalać ekonomiczne paradygmaty, odwracać ideologiczne tendencje. W Polsce bowiem narracja o gospodarce obrosła mitami (np. mit o wysokich kosztach pracy), nie ma dyskusji, bo ekonomiści okopali się na pozycjach doktrynerów, a nie poszukiwaczy rozwiązań i strategii. Woś demitologizuje i sprawnie udowadnia, że „nie wszystko złoto, co się świeci” (np. wzrost gospodarczy, który nie przekłada się na wzrost wynagrodzeń). „Dziecięca choroba liberalizmu” wpuszcza świeże powietrze do zaśniedziałych opiniotwórczych głów, prowokuje do myślenia i szukania – wbrew TINA – alternatyw. Autor może być polską Naomi Klein, a „Dziecięca…” polskim „No logo”. Z konkluzjami nie trzeba się zgadzać – ja np. nie zgadzam się z krytyką opcji kapitałowej (OFE) w ubezpieczeniach społecznych, której demontaż w tym roku z zadowoleniem przyjął autor, choć nie wiązało się to z realizacją jakiegoś nowego pomysłu na emerytury (np. emerytura obywatelska). Ale trzeba się wysilić na polemikę – takową zapowiedział już Robert Gwiazdowski – szef Centrum im. A. Smitha.
Zresztą, szczęśliwie coś się w debacie o koncepcjach rozwoju gospodarczego Polski już zmienia. Cezurą mógł być szeroko komentowany wywiad, którego w lutym udzielił Marcin Król „Gazecie Wyborczej”. Profesor Król – guru polskich liberałów – wprost stwierdził, że „byliśmy głupi, w latach 80. zaraziliśmy się ideologią neoliberalizmu” i krytycznie odnosi się do zdobyczy polskiej transformacji. Król, którego nie można posądzić o lewicowość, używa więc w ocenie liberalizmu podobnej nomenklatury jak Woś. Również sama Gazeta Wyborcza, najbardziej opiniotwórcze polskie medium, piewca, wręcz aktywny uczestnik uruchamiania liberalnego konceptu, wieczny obrońca Leszka Balcerowicza, jakby w ostatnim czasie zmienia ton, skręca w lewo, dostrzega drugą - społeczną stronę medalu. Narracja się pluralizuje. W 25 lat od uchwalenia ustaw składających się na tzw. Plan Balcerowicza już czas na szersze spojrzenie na gospodarkę, polemikę z neoliberalnymi mitami i dogmatami. Dlatego gorąco zachęcam do lektury „Dziecięcej choroby liberalizmu”. Szczególnie liberałów.
