… czyli ostatnia część subiektywnego podsumowania minionego roku

REKLAMA

Literackie rozczarowania to nie wyłącznie książki nieudane czy źle napisane, ale również takie, które nie sprostały oczekiwaniom albo czegoś im zabrakło.

W kolejności alfabetycznej:

Karl Ove Knausgard – „Moja walka” tom 1

Wszyscy się ekscytują, a ja po lekturze 256 stron odłożyłem Knausgarda na półkę, bo myślałem, że umrę z nudów. Być może jestem literacko ślepy, ale „nie widzę” w tej bardzo przeciętnie napisanej książce nic szczególnego. Śmiem twierdzić, że szum wokół tej pozycji to jedynie zasługa marketingu wydawnictwa, które nie tak dawno z sukcesem sprzedało niestrawne zapiski Gombrowicza jako rzekome literackie arcydzieło.

Zygmunt Miłoszewski – „Gniew”

Bardzo dobry kryminał z fatalnym zakończeniem – nieprzemyślanym, napisanym na kolanie, naiwnym i obrażającym czytelnika.

Eustachy Rylski – „Szara lotka”

Ponieważ Rylskiego wielbię ogromnie „Szara lotka” jest dla mnie rozczarowaniem roku. Na początku wkurzyłem się i poczułem zrobiony w bambuko, gdy tylko przeczytałem spis treści - odgrzewanie, odgrzewanych już kilka lat temu opowiadań. Do pełni rozczarowania dołożył się fakt, iż kilka nowych tekstów nie ma szans równać się z tymi dobrze znanymi.

Timur Vermes – „On wrócił”

Totalnie niewykorzystany, świetny pomysł fabularny (Hitler budzi się w Berlinie w 2011 r. i zaczyna robić karierę w TV). Po początkowym zaciekawieniu zaczyna dominować nuda, a chwilę później bełkot Adolfa.

Michał Witkowski – „Zbrodniarz i dziewczyna”

Nie podobał mi się już „Drwal”, ale tego przeczytałem chociaż do końca. Za to tej pseudokryminalnej, chaotycznej niedoróbce, kompletnie nie dałem rady.

Mariusz Zielke – „Twardzielka”

Nadal nie mogę pojąć jak autor świetnego „Wyroku” mógł popełnić takiego babola. Źle napisana książka – po prostu.

Zachęcam do podawania swoich rozczarowań minionego roku.