Sprawujący od 7 lat władzę rząd PO-PSL postanowił wczoraj ustami premier Ewy Kopacz ogłosić sukcesy z ostatnich 100 dni swojej działalności. Na stronie internetowej Kancelarii Premiera widnieje informacja, iż od 1 stycznia 2015 r. obywatele mają pełny dostęp do świadczeń medycznych i jest „łatwiej o receptę”. Aż zadziwiające, że przy tej dezinformacji pojawia się jedna prawdziwa wiadomość.

Otóż rząd zgodnie z prawdą chwali się, iż wprowadził „kasy fiskalne dla kolejnych przedsiębiorców”. Chociaż jest to sukces na miarę „braku perspektyw dla kolejnych bezrobotnych”, „odebrania pomocy kolejnym potrzebującym” bądź „ułaskawienia dla kolejnych kryminalistów”, to jednak nie przeszkadza to premier Kopacz stać z dumnie podniesioną głową i radośnie komunikować społeczeństwu, iż jest ona przyjaciółką nie tylko minister Teresy Piotrowskiej, ale także rozdętej biurokracji.
Oczywiście pani premier wraz z ministrem Szczurkiem twierdzą, że kolejna grupa przedsiębiorców w pełni zasłużyła sobie na to, by zakupić za ciężkie pieniądze nowe kasy fiskalne i składać regularne wizyty w biurze rachunkowym. Przecież – powiedzą współpracownicy premier Kopacz – lekarze (ostatnio szczególnie nielubiani przez rząd), prawnicy, a także fryzjerzy, restauratorzy i mechanicy samochodowi powinni posiadać kasy fiskalne.
Pełna zgoda. Rzecz jednak w tym, że już w świetle obecnych przepisów wyżej wymienione grupy – podobnie jak pozostali przedsiębiorcy – muszą posiadać kasy fiskalne, jeśli obrót osiągany z usług świadczonych na rzecz konsumentów przekracza 20 tysięcy złotych rocznie. Premier Kopacz chce jednak tego, by kolejne grupy musiały bezwzględnie w każdym przypadku (tj. niezależnie od wysokości osiąganego obrotu) posiadać kasę fiskalną.
Wyobraźmy sobie więc sytuację, w której mieszkamy na niewielkim osiedlu mając wśród zaprzyjaźnionych sąsiadów: pracującego w szpitalu lekarza, pracującego w warsztacie samochodowym mechanika oraz fryzjerkę. Wszyscy nasi sąsiedzi głównie utrzymują się ze swojej stałej kontraktowej pracy. Wyobraźmy teraz sobie, że w sytuacji kryzysowej prosimy naszego sąsiada-lekarza, by zbadał chore dziecko, bądź sąsiada-mechanika, by sprawdził co zepsuło się w samochodzie. A teraz wyobraźmy sobie coś, co mogła stworzyć tylko chorobliwa nadgorliwość urzędników pani premier Kopacz, a co od tego roku zamienia się w rzeczywistość. Otóż nasz sąsiad-lekarz, sąsiad-mechanik bądź sąsiad-fryzjer, by wykonać dla nas jedną usługę w ciągu roku będzie musiał zakupić za ponad 1000 zł kasę fiskalną, złożyć wizytę u księgowej i regularnie odwiedzać punkt serwisowania kas rejestrujących.
Swoją drogą opisywane działanie rządu wpisuje się w stałą już tendencję zmierzającą do tego, by obciążać jak największą grupę obywateli nowymi biurokratycznymi obowiązkami. Zwróćmy uwagę, iż w 2011 r. kasy fiskalne musieli posiadać przedsiębiorcy osiągający obrót powyżej 40 tysięcy złotych rocznie, w 2013 r. obowiązek ten dotyczył przedsiębiorców, u których roczny obrót przekraczał 20 tysięcy złotych, a w tym roku nie tylko utrzymano absurdalnie niski próg 20 tysięcy złotych, ale nadto nakazano pewnym grupom korzystać z kas fiskalnych nawet przy obrocie równym 1 zł.
Wielokrotnie zabierałem głos w Sejmie przeciw nadmiernemu rozszerzaniu obowiązku stosowania kas fiskalnych. Złożyłem nawet wspólnie z grupą kilkudziesięciu posłów projekt ustawy, zgodnie z którym obowiązek posiadania kas fiskalnych dotyczyłby tylko tych przedsiębiorców (wszystkich profesji), u których kwota rocznego obrotu realizowanego na rzecz konsumentów byłaby wyższa niż 12-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Niestety koalicja rządząca konsekwentnie ignorowała wszelkie inicjatywy, które zmniejszyłyby biurokrację i fiskalizm. Należy mieć więc nadzieję, że wyborcy wystawią w końcu odpowiedni rachunek.
