Wraz ze śmiercią Tadeusza Konwickiego umarł kawałek mnie samego.
REKLAMA
Ktoś napisał, że Warszawa nie będzie już taka sama, że straciła swą busolę. Nic nie będzie już takie samo.
Pamiętam jesień 1980 roku i atmosferę zwycięstwa "z komuną" i wówczas "Mała Apokalipsa", pierwszą książkę Pana Tadeusza w moim życiu. Czytałem ją razem z "Zamkiem" Kawki i ze "Sklepami cynamonowymi" Brunona Schulza. Już na zawsze pozostanie dla mnie w mojej prywatnej historii literatury spokrewniony z nimi właśnie, a przecież jego prawdziwe miejsce jest gdzieś między Havlem, a Sołżenicynem, choć artystycznie wyżej.
Następnie "Austeria" Kawalerowicza, do której napisał scenariusz i jego "Dolina Issy" wg Miłosza. Dwa niezwykłe filmy o Arkadii Kresów. "Dolina Issy" była kręcona na Suwalszczyźnie, niedaleko miejsca, gdzie mam swoją letnia "chatę". Kiedy oprowadzam gości po okolicy często zaglądam do tego miejsca filmowej leśniczówki Baltazara. Konwicki należy dla mnie do Suwalszczyzny właśnie, do pogranicza, razem z Miłoszem, Wajdą. Oba te filmy są też z lat osiemdziesiątych.
Potem zniknął z mojego życia, aż mniej więcej do 2004 roku, gdy właśnie odkryłem z jednej strony Suwalszczyznę, a z drugiej Czytelnika w Warszawie. Widywałem go czasami właśnie w Czytelniku, choć nigdy z nim nie rozmawiałem. Pozostanie dla mnie przyjaznym duchem mojej wyobraźni, milczącym i obecnym.
Janusz Palikot dla WOŚP 2015
