Greenpeace/Paul Langrock

Sejm przegłosował mocno krytykowany przez ekspertów, rządowy projekt ustawy o OZE. Projekt uszyty na miarę spółek energetycznych, zakładający że wsparcie, o ile się pojawi, trafi głównie do energetyki konwencjonalnej, która spalając węgiel z biomasą szczyci się swoim „udziałem OZE w produkcji energii”. Przed mianem projektu ustawy antyobywatelskiej, uchroniła go jedynie poprawka wprowadzająca taryfy gwarantowane dla mikroproducentów, którą w ubiegłym tygodniu przyjął Sejm. Teraz los poprawki leży w rękach Senatu.

REKLAMA

Losy rządowego projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii w środowisku osób, które walczą o rozwój energetyki obywatelskiej wywołują wielkie emocje. Niejedna serialowa intryga blednie w porównaniu z tym, co serwowało nam Ministerstwo Gospodarki, czy co obserwowaliśmy podczas posiedzenia specjalnej podkomisji parlamentarnej. Treść ustawy zmieniała się jak w kalejdoskopie, jedna wersja goniła drugą. Podczas wysłuchania publicznego na wersję, która ostatecznie trafiła do Parlamentu posypał się grad uwag krytycznych, apelowaliśmy nawet by projekt w kształcie zaproponowanym przez Ministerstwo Gospodarki odrzucić. Na horyzoncie pojawiła się jednak nadzieja dla obywateli, którzy mogliby produkować energię w przydomowych mikroelektrowniach.

Zaproponowano poprawkę wprowadzającą taryfy gwarantowane dla najmniejszych wytwórców energii z OZE – prosumentów produkujących energię w mikroinstalacjach o mocy do 10 kW. Dzięki podobnemu systemowi w Niemczech powstały do tej pory już ponad 2 mln mikroinstalacji. Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w Polsce, do 2020 roku może powstać około 250 tys. mikroinstalacji. Za przykładem Energiewende – niemieckiej transformacji energetycznej, w kolejnych latach poziom taryf powinien stopniowo być obniżany. Taryfy gwarantowane to jeden z nielicznych proobywatelskich elementów ustawy. O jej przyjęcie przez Sejm zaapelowało ponad 80 organizacji, instytucji i firm, którym zależy na przełamaniu monopolu spółek energetycznych oraz rozwoju energetyki obywatelskiej. Posłowie stanęli na wysokości zadania i poprawkę przyjęli, teraz wszystko w rękach Senatu.

Korzyści dla „Kowalskich” płynące z ustawy o OZE na tym się niestety kończą. Beneficjentów i korzyści społecznych byłoby więcej, gdyby pojawiły się zachęty do tworzenia mikrosieci oraz uwzględnieni zostaliby również prosumenci zbiorowi tj. samorządy, wspólnoty mieszkaniowe, szkoły, których członkowie mogliby dzielić się produkowaną przez siebie energią. Tego niestety ustawa nie przewiduje. Zakłada za to, że spalanie węgla z biomasą to ekologiczna forma pozyskiwania energii. Nic bardziej mylnego! To zwykłe oszustwo, niemające nic wspólnego z energetyką odnawialną. Według oceny skutków regulacji rozwijać się będą przede wszystkim wybrane gałęzie OZE – energia wiatrowa i biomasa oraz, mająca niewiele wspólnego z czystymi źródłami energii, technologia termicznej przeróbki odpadów. Zamiast rozwijać równomiernie różne źródła energii odnawialnej, rząd konserwuje uzależnienie od importu biomasy, a dodatkowo będziemy zmuszeni płacić za coraz większe ilości biośmieci sprowadzanych do nas z całego świata.

I jeszcze słowo o kosztach. Tak, rozwój energetyki obywatelskiej będzie kosztował – do roku 2020 będzie to około 1,6 mld zł. Jak przy każdej inwestycji trzeba założyć przeznaczenie funduszy na rozwój. Nie ma na świecie kraju, w którym energetyka nie byłaby dotowana przez finanse publiczne. U nas do tej pory wspierano patologiczny system, w ramach którego, jak wylicza Warszawski Instytut Studiów Ekonomicznych, w samym tylko 2012 roku do produkcji energii z węgla dopłaciliśmy z podatków aż 44 mld zł.