Prawdziwe historie szpiegowskie – jeśli to, co do nas dociera może być do końca prawdziwe, jak i te, rodem z powieści Johna le Carré, przekonują, że najlepsze efekty osiąga się wtedy, gdy uda się obcego agenta przeciągnąć na swoją stronę.

REKLAMA

Oto wyobraźmy sobie, że przed II wojną światową Niemcy instalują w Anglii „nielegała” – nazwijmy go „Szpilą” (podobieństwo do innych książkowych „nielegałów” przypadkowe), który udanie podejmuje działalność szpiegowską, aż do momentu, gdy Anglicy go namierzają. I wtedy „Szpila” przechodzi na stronę Anglików i podsuwa Niemcom tylko to, co „wyprodukują” jego nowi mocodawcy.

Jako że nie umiem z należytą powagą podejść do kłopotów pani premier z jej pracującą na dwa fronty rzeczniczką, to pozwolę sobie na tę ekscytującą historię nałożyć przywołane wyżej szpiegowskie kalki. I patrząc w tej perspektywie trzeba powiedzieć, że ten szpiegowski thriller ktoś powinien wygrać: albo szkolony przez panią rzecznik pan poseł z opozycji, albo zatrudniająca panią rzecznik pani premier. Bo albo pani premier miała swoją agentkę w obozie wroga (dzięki czemu mogła doskonale wiedzieć, jaki to słowami pan poseł zaatakuję ją w debacie sejmowej) albo to pan poseł miał swoja agentkę w rządzie (a to pozwalało mu wiedzieć, na jaką ripostę pani premier będzie narażony jego własny atak).

Dzisiaj już wiemy, że przegrali oboje. I pani premier, i pan poseł. Bo – i tu znowu odwołam się do najważniejszego przesłania wszelkich historii szpiegowskich – nie ma większej wpadki wywiadów niż publiczna demaskacja szpiega. Nieważne czy to szpieg „nasz” czy „ich”. Jeśli „nasz” – to wiadomo: daliśmy się złapać. Jeśli „ich” – to daliśmy ciała, bo nie potrafiliśmy go przewerbować.