ilustracja: Janusz Kapusta

Wiele słów padło już o umiędzynarodowieniu uczelni, ale głównie w kontekście studentów. Tymczasem otwarcie na świat potrzebne jest przede wszystkim rodzimej kadrze naukowej.

REKLAMA

Żaden z kilkuset moich tekstów na temat nauki nie spotkał się z taką falą krytyki jak ten, napisany wspólnie z psychologiem i socjologiem Michałem Bilewiczem oraz socjologiem Dominikiem Antonowiczem. Tytuł stanowił jednocześnie jego główne przesłanie: umiędzynarodowienie humanistyki jest dla niej szansą, a nie zagrożeniem. Krytycy prześcigali się w komentarzach: młodzi są, nie znają się, nie wiedzą, czym jest etos prawdziwego naukowca. Słyszeliśmy też, że pracy naukowej nikt nie musi przeczytać - jeśli jest dobra, obroni się sama.

Tymczasem nauka stała się bardzo konkurencyjna. Dla wielu zbyt konkurencyjna. W Polsce tort do podziału jest bardzo mały, dlatego swojej szansy trzeba szukać na świecie. A tam jest jeszcze trudniej. Niewielu polskich naukowców jest rozpoznawanych w świecie. Z mojego „podwórka” – nauk humanistycznych i społecznych - do czołówki wdarli się nagradzany Marcin Miłkowski, autor świetnej monografii opublikowanej w MIT czy Darek Jemelniak z Akademii Leona Koźmińskiego, którego opracowania ukazały się na Stanfordzie. Ale to wciąż garstka.

Trudnej dyskusji o umiędzynarodowieniu nauki nie unikniemy. Musimy zacząć od zmiany sposobu myślenia akademików. Dziś wielu z nich traktuje naukę w Polsce jako polską naukę. Nie ma czegoś takiego, tak jak nie ma oryginalnych badań naukowych na gruncie polskim. Możemy mówić jedynie o światowej nauce uprawianej w Polsce. Dlatego internacjonalizacja uczelni to dla mnie po prostu uprawianie dobrej nauki, stałe równanie i uczenie się od najlepszych.

Tak rozumiana nauka obroni się jak sama. Pokazujmy więc swoje badania światu i konfrontujmy się z lepszymi od nas. Nie piszmy przy tym na siłę po angielsku. Jeśli w danej dziedzinie podstawowym językiem jest niemiecki, stańmy w szranki z najlepszymi autorami w tym języku. Jeśli coś jest polską domeną, bądźmy wierni ojczystemu językowi, a świat niech uczy się od nas.

Na tę odwagę przekraczania granic – dosłownie i w przenośni – zdobywa się niewielu, także dlatego, że trzon kadry akademickiej stanowią osoby, które nie ciągną nas w górę, nie starają się pokazywać nam najlepszych wzorców, powodując swoiste zabetonowanie polskiej nauki. Co jeszcze mogłoby sprzyjać rozwinięciu tytułowych kongresowych skrzydeł? Z pewnością autentyczne zmniejszenie biurokratyzacji. Przerost regulacji prawnych nie świadczy o dobrym zarządzaniu, raczej o jego kryzysie. Gdy cały świat stawia na interdyscyplinarność, my ciągle tkwimy w XIX-wiecznej szkole czystości dyscyplinarnej.

A stąd już tylko krok do kolejnego pytania: czy nasz system habilitacji służy rozwojowi nauki? Wśród młodych ludzi powszechne jest zwątpienie, czy stanowi ona skuteczny miernik jakości, pozwalający najlepszym sterować i funkcjonować w nauce. Jeśli moi rówieśnicy się mylą, zostawmy habilitację. Jeśli mogą mieć rację, czas głośno zapytać, co zrobić z tym fantem.

Czytaj więcej na blogu: Warsztat Badacza Komunikacji

*** Autor jest doktorem filozofii i komunikologiem. który bloguje o komunikacji naukowej, pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz na Politechnice Poznańskiej.

Artykuł ukazał się w „Rzeczpospolitej” 19.01.2015 r. we wkładce „Idee Kongresu Obywatelskiego. Jak włączać emigrację do rozwoju Polski?".