W poniedziałek Kościół Anglii wyświęcił na biskupessę Stockportu pierwszą kobietę. Tymczasem w Polsce Kościoły chrześcijańskie nie pozwalają wiernym na chwile zapomnienia i domagają się, żeby ci pamiętali o pójściu w niedzielę do kościoła.
Choć wybór kobiety na biskupessę nie jest jakimś wyjątkowym novum we Wspólnocie Anglikańskiej – pierwszą wyświęconą na ten urząd była Barbara Harris, która dwadzieścia sześć lat temu stanęła na czele diecezji Massachusetts Episkopalnego Kościoła USA – to dla Kościoła Anglii ta konsekracja jest zdecydowanie historycznym wydarzeniem.
Tak jak wybór Rowana Williamsa na arcybiskupa Canterbury, prymasa całej Anglii i zwierzchnika Wspólnoty Anglikańskiej miał przynieść powiew świeżego powietrza, a okazał się jedynie kościelną stagflacją (a ostatnio Williams nawet oznajmił, że nigdy „w zasadzie” nie chciał być arcybiskupem), tak wybór na ten urząd ewangelikalnego Justina Welby’ego przekonał wielu, że nie taki diabeł straszny. Oczywiście Kościół Anglii to nie Kościół watykański, tu zwierzchnik jest omylny i nie dzierży w dłoni władzy totalnej. Kościołem natomiast zarządzają w porozumieniu świeccy i kler. To oni po długich latach dyskusji umożliwili wybór ks. Lane na urząd pierwszej biskupessy.
Wybór Libby Lane musiał zatem wyrażać wolę niezawisłej wspólnoty, która rządzi się swoim prawem, lecz pozostaje otwarta na predyspozycje i talenty wszystkich swoich członków i członkiń. Parę dni temu arcybiskup Yorku John Sentamu, który w towarzystwie innych biskupów dokonywał konsekracji biskupessy napisał dla „Yorkshire Post”: „Najwyższy czas, żebyśmy mieli kobiety biskupów. Modliliśmy się i pracowaliśmy, aby nadszedł ten dzień. Zapowiadam wam, że za parę lat, gdy coraz więcej kobiet będzie obejmowało ten urząd, zaczniemy zastanawiać się, jak wcześniej dawaliśmy sobie radę bez nich”.
Z tej perspektywy okrzyk ks. Paula Williamsona, który się rozległ w katedrze York Minster w odpowiedzi na pytanie biskupa konsekrującego, czy powinien on ordynować Lane na biskupessę, jawi się jako rozpaczliwy krzyk efemeryczności, która bierze formę za treść. Krzyk musiał być na tyle niewyraźny, że poszczególne gazety opisują go w inny sposób: „Nie, nie w moim imieniu”, „Nie, nie ma tego w Biblii”… God knows! W każdym razie emblematyzuje on, to co nieuchronnie przemija i nie potrafi pogodzić się ze swoją skończonością, ani otworzyć się na nowe możliwości. Lub jak pisał Paweł z Tarsu: „Duch ożywia, ale litera zabija” (2 Kor 3:6b). Jednym słowem, religijny fundamentalizm sam wpadł w dołek, który pod kim innym wykopał.
Podczas gdy na Zachodzie wytyczane są drogi prowadzące Kościół ku przyszłości, w Polsce Kościoły chrześcijańskie oglądają się w tył. Upominają wiernych w swoim apelu, aby ci nie odbierali niedzieli jej wyjątkowego charakteru. „Praca ponad miarę odbiera jej [niedzieli] sakralny charakter” – czytamy w oświadczeniu.
O ile "Apel Kościołów o ochronę stworzenia”, choć niekompletny, wydawał się w pełni uzasadniony i świadczył pozornie o pewnej relewantności sposobu myślenia polskich hierarchów, o tyle ten ostatni apel stawia ich w dwuznacznej sytuacji. Głównie protestantów. Mamy tu bowiem do czynienia z mieszanką resentymentu i objawów braku kontaktu z rzeczywistością ekonomiczną kraju. Nie wspominając już o fetyszyzacji niedzieli, która z punktu widzenia protestanckiego może przybrać charakter bałwochwalczy.
W apelu czytamy: „Coraz częściej chrześcijanie są zmuszani do rezygnowania z udziału w niedzielnych nabożeństwach”.
Czasownik „zmuszani” nawet by i pasował. Tyle, że odwieczny kryzys zmusza ludzi do wielu innych ustępstw i zaniedbań. Dlatego o wiele trafniejszy wydawałby mi się apel dotyczący przyczyn, nie zaś skutków. A więc: wyzysku pracowników, nierozliczanych nadgodzin, wszechobecnych umów śmieciowych, niskich płac, rosnących nierówności społecznych i unoszącego się nad Polską widma prekariatu. Czyli tego wszystkiego co odbiera człowiekowi jego podmiotowość i sprawia, że wierzący ma prawo zapomnieć na czyj obraz i czyje podobieństwo został stworzony. Wygląda na to, że sygnatariusze nie do końca zdają sobie z tego sprawę.
Zdanie to ma jeszcze dodatkowy podwójny wydźwięk – pozytywny i negatywny. Z jednej strony świadczy ono o tym, że Kościoły zaczęły wreszcie dostrzegać spadek „praktyki”. Ten kryzys lekko zaznaczony w oświadczeniu mógłby stanowić dla nich bodziec do refleksji nad potrzebnymi i nieuniknionymi reformami. Z drugiej jednak strony Kościoły sprawiają wrażenie, jakoby za ten spadek nie brały kompletnie żadnej odpowiedzialności.
A być może warto zastanowić się czy praktykowane dotychczas formy kultu, używany język i, nierzadko, głoszone treści przemawiają do tych, którzy… z nich rezygnują. I, wreszcie, czy mają one im cokolwiek do zaproponowania na temat tego, co w teologii nazywamy „ostatecznym zatroskaniem”. Inaczej mówiąc, co zrobić, żeby zniwelować ten dysonans między tym, co wczoraj i dziś?
Kościoły, zgodnie z opinią mantyków, stanęły najwidoczniej nad przepaścią i nie do końca zdają się wiedzieć którędy pójść dalej. Jedne kroczą naprzód po omacku, co zajmuje im sporo czasu; inne zapatrzone są w fantazmatyczną przeszłość i mają pretensje do teraźniejszości. U nas najchętniej stanęłyby w miejscu – w miejscu sprzed 25 lat. Pytanie brzmi jednak: czy zdążą w odpowiednim momencie obudzić się ze swojego letargu?
