John Legend, odbierając statuetkę za piosenkę „Glory” do filmu „Selma” (traktującego o batalii sprzed pół wieku, która doprowadziła do przyznania prawa głosu Afroamerykanom) powiedział, że zmagania o prawo czarnej mniejszości do głosowania ciągle trwają, i że w czasach niewolnictwa mniej Murzynów (sorry – Afroamerykanów), pozostawało w niewoli, niż teraz wypełnia federalne i stanowe zakłady penitencjarne. A na koniec stwierdził jeszcze, że Ameryka jest w tej chwili „ największym więzieniem na świecie.”
Oscary rozdano w niedzielę, a już od poniedziałkowego rana w mediach zaczął się festiwal komentarzy. Bo przecież nie po to przez cały rok trwają przygotowania do Najważniejszego Święta Kina w całym kalendarzu, żeby to wydarzenie miało się skończyć jak tylko pogasną ostatnie światła w Kodak Theatre. Telewizje śniadaniowe zajęły się więc układaniem rankingów kreacji z czerwonego dywanu, przez pisma branżowe przetoczyła się dyskusja nad wyborem tegorocznych laureatów, a publicyści też zajęli się tym, co zawsze. Czyli rozbieraniem na elementy pierwsze tego, co powiedzieli odbierający nagrody laureaci. Jak wiadomo, wszyscy nagrodzeni mają prawo do krótkiego komentarza, w którym większość zwyczajowo dziękuje sponsorom, ekipie, aktorom, rodzinie, papużkom, psom i rybkom z akwarium, Jednak niektórzy laureaci zamiast mowy dziękczynnej wygłaszają z estrady Ważne Przesłanie. Zwykle chodzi o jakieś kwestie osobiste, ale równie często padają wtedy deklaracje w „tematach politycznych”. Tym razem nagrodzeni też nie zawiedli dziennikarzy, którzy wyjątkowo liczą na podobne wystąpienia, bo dzięki nim daje się pociągnąć oscarowe wątki nawet do końca tygodnia. W tym roku oscarowy wieczór dał satysfakcję feministkom (Patrizia Arquette) oraz imigrantom (reżyser nagrodzonego aż czterema Oscarami „Birdmana”, z pochodzenia Meksykanin) . Ale najwięcej medialnego zamieszania narobił wokalista John Legend. Odbierając statuetkę za piosenkę „Glory” do filmu „Selma” (traktującego o batalii sprzed pół wieku, która doprowadziła do przyznania prawa głosu Afroamerykanom) powiedział, że zmagania o prawo czarnej mniejszości do głosowania ciągle trwają, i że w czasach niewolnictwa mniej Murzynów (sorry – Afroamerykanów), pozostawało w niewoli, niż teraz wypełnia federalne i stanowe zakłady penitencjarne. A na koniec stwierdził jeszcze, że Ameryka jest w tej chwili „ największym więzieniem na świecie.” Swoją oscarową wypowiedzią John poruszył trzy istotne zagadnienia, które dały pretekst do awantury medialnej, jaka rozpętała się już w poniedziałek rano. Pierwsze, to współczesne zagrożenia dla wywalczonego z niemałym trudem prawa do głosowania dla tak zwanych mniejszości. Drugie – liczba Afroamerykanów odbywających właśnie karę pozbawienia lub ograniczenia wolności. Trzecie, to zaś miejsce Stanów w światowym rankingu uwięzionych. W ruch poszły statystyki, badania socjologiczne i wreszcie osobiste przekonania i uprzedzenia. Jak zwykle telewizja NBC była „za”, a „Fox” – przeciw. Z całej tej dyskusji wyniknęło, że John dwa razy miał rację, a raz się pomylił. Ale tylko odrobinę. Bo rzeczywiście, pomimo że akurat w kwestii działania demokracji bezpośredniej Ameryka jest w tej chwili światowym liderem, to jednak od dwóch lat, odkąd zaczęły obowiązywać tak zwane Voter ID Laws, podnoszą się głosy, że te nowe rozporządzenia ograniczają powszechność prawa do głosowania. O co chodzi? O to, że w tej chwili we większości stanów głos w wyborach można oddać tylko po okazaniu oficjalnego dokumentu tożsamości. Co wydaje się oczywiste, ale w amerykańskich warunkach bynajmniej oczywiste nie jest. W Stanach nie ma obowiązku posiadania oficjalnego, jednakowego dla wszystkich i wydawanego przez instytucję federalną dokumentu tego typu. A te, które są, mają – w zależności od tego, kto je wydaje – niejednakową „moc prawną”. Za ID może służyć – na przykład – koperta z adresem zamieszkania. Lub rachunek za telefon. Najważniejszy jest jednak paszport. Potem prawo jazdy lub – gdy ktoś nie jest kierowcą – dokument ze zdjęciem, wydawany przez urzędy komunikacji. Inne ID mają mniejszą rangę i nie mogą służyć do identyfikacji wszędzie tam, gdzie wymagane jest oficjalne (tanowe) potwierdzenie tożsamości. Tymczasem Voter ID Law wymaga właśnie takiego stanowego ID, żeby głosować. A nie każdy je ma. Wyrobienie go coś tam kosztuje (ostatnio 25 dol.), a poza tym wymaga stawiennictwa w urzędzie, dodatkowych dokumentów, czasu.. W dużym mieście to nie problem, ale w środku Minnesoty czy Utah, już tak. Paszportu w ogóle nie ma posiada Amerykanów. Część takich ludzi zamiast załatwić ID po prostu nie pójdzie głosować. Kolejna kwestia to Afroamerykanie pozamykani w więzieniach. I tu też John nic się nie pomylił. Rzeczywiście, choć mniejszość o której mowa stanowi zaledwie 13 procent całej amerykańskiej populacji, to już w zakładach karnych reprezentuje 38 procent wszystkich osadzonych. Afroamerykanów siedzi trzy razy więcej, niż białych, choć te proporcje różnią się w zależności od stanu. Niektórzy aktywiści i cześć polityków uważają, że to wina systemu. I że wymiar sprawiedliwości specjalnie uwziął się na tę konkretną grupę obywateli, polując na nich w dzielnicach etnicznych i ferując wysokie wyroki. To skomplikowane zagadnienie, bo rzeczywiście zdarzają się przypadki jawnie nierównego traktowania aresztantów ze względu na kolor skóry. Istnieje też zjawisko określane jako „racial profiling”, a polegające na tym, że obywatele o ciemnej karnacji są częściej niż biali legitymowani i zatrzymywani przez policję. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak zwykłym Amerykanom, codziennie narażonym na rabunek w ciemnej ulicy, napaść w metrze czy włamanie do domu, że w całym tym „profilingu” kryją się nie tyle (lub nie tylko) uprzedzenia rasowe, ile statystyka. Za narkotyki siedzi mniej więcej tyle samo białych, co „kolorowych” ( około 20 procent osadzonych). Natomiast najwięcej Afroamerykanów ląduje w więzieniach za kradzieże z włamaniem, zabór mienia i napaść na tle rabunkowym. W opinii zwyczajnych amerykańskich Kowalskich przedstawiciele mniejszości, zwłaszcza ci mieszkających w gettach etnicznych, są po prostu niebezpieczni i siedzą w więzieniach nie bez powodu. Niektórzy dziwią się nawet, czemu trafia ich tam tak mało… Owszem, to politycznie niepoprawne, ale tak właśnie myśli amerykańska „ulica”. Zwłaszcza, jeśli jest to ulica w wielkim mieście pełnym blokowisk, gdzie strach się zapuszczać nawet w południe. Owszem, licząc zarówno osadzonych jak i tych w aresztach oraz na zwolnieniach warunkowych i z karami w zawieszeniu, Afroamerykanów pod nadzorem wymiaru sprawiedliwości jest w tej chwili – w liczbach bezwzględnych – rzeczywiście więcej, niż kiedyś afrykańskich niewolników. Tych było około 870 000, a więźniów jest aż 1,7 miliona,. Ale to kwestia statystyki oraz demografii. Dziś po prostu populacja Afroamerykanów jest w Stanach znacznie liczniejsza, niż półtora wieku temu. Więc choć John nie pomylił się w rachunkach, zdaniem dyskutantów akurat to porównanie z jego oscarowej mowy nie wypadło najszczęśliwiej. Co innego określenie Ameryki jako „największego więzienia świata”. Bo tutaj, choć Legend okazał się nieścisły, to jednak miał rację. Według danych wymiaru sprawiedliwości porównanych z tymi z tutejszego GUS-u Stany, z 707 osadzonymi na każde 100 000 obywateli, rzeczywiście są „największym więzieniem na świecie”. W tej konkurencji Ameryka wygrywa nie tylko z Rosją i reżimami Ameryki Łacińskiej, ale nawet z Rwandą i z Chinami. W tej chwili więźniów jest nieco ponad 2 miliony, ale aż siedem milionów obywateli, czyli niemal co 34. mieszkaniec USA, ma jakieś niezamknięte rachunki z wymiarem sprawiedliwości. Liczba ciężkich przestępstw kryminalnych systematycznie spada, ale liczba osadzonych i tak wzrosła w ciągu dwóch minionych dekad o niemal połowę, z 1,3 do 2,3 milionów. Choć John Legend w tym jednym nie miał racji. Bo to jednak nie Ameryka jest „największym więzieniem na świecie” . Według aktualnych danych Prison Policy Initiative, najwyższą liczbę osadzonych, bo aż 868 na każde 100 000 mieszkańców, mają w tej chwili… Seszele!
