Puste ulice wokół moskiewskiego Kremla, ponad dwa tysiące wyselekcjonowanych gości na Kremlu i miliony widzów na ekranach telewizorów było świadkami zaprzysiężenia starego-nowego prezydenta Rosji Władimira Putina. Starannie wyreżyserowana ceremonia jako żywo przypominała carskie koronacje.
Każdy europejski przywódca jak ognia unikałby aż tak bizantyjskiej inauguracji swojej władzy. Nikt nie chce być oskarżany o arogancję i tworzenie przepaści między sobą a zwykłymi ludźmi. Ale Rosja to inny kraj.
Putin w pełni świadomie polecił „wyczyścić” Moskwę z przeciwnych mu demonstrantów i wybrał przepych kremlowskiego pałacu oraz starannie opracowaną liturgię swojej „koronacji”, by dać sygnał, że jego władza jest niepodzielna i silna. Większość Rosjan chce takiej władzy.
Gdy w przemówieniu, po złożeniu przysięgi, Putin nawiązał do wartości tysiącletniej kultury rosyjskiej, można było sądzić, że przede wszystkim myśli o tradycji rosyjskiej kultury politycznej, w której wszystko co najlepsze uosabia surowy ale sprawiedliwy, dobry ale stojący ponad wszystkimi car.
Ten swoisty „carat” – z Putinem w roli głównej – ma się w Rosji dobrze. My, jak i cała Europa, jesteśmy zainteresowani, by Rosja poszła inna drogą – drogą demokratyzacji i budowy społeczeństwa obywatelskiego. Obawiam się jednak, że ta droga w przypadku Rosji jest jeszcze bardzo długa.
Powinniśmy wspierać demokratyczną i obywatelską opozycję w Rosji. Ale prawda też jest taka, że jeśli chcemy cokolwiek w Rosji czy z Rosją załatwić – musimy niestety dogadywać się z dzisiejszą, daleką od demokratycznych standardów, putinowską wersją rosyjskiego caratu.
