internet

Sytuacja w polityce międzynarodowej wywołana przez przywódcę Rosji niepokoi coraz bardziej. Jednakże realna możliwość globalnej wojny jest przez większość mediów i polityków zbywana wzruszeniem ramion. Skoro wojna jest raczej niemożliwa, stwarza to pozorne wrażenie Zachodu walczącego z wiatrakami. Czy słusznie?

REKLAMA

Muszę zacząć od tego, że szokują mnie różne głosy w Polsce usprawiedliwiające działania Putina. Są one modne wśród części lewicy i wśród części radykalnej prawicy. Część tych proputinowskich głosów bierze się z poprzedniej epoki. Nadal żyją w Polsce ludzie, którzy dość pozytywnie oceniają okres PRL i komunizm Związku Radzieckiego. Część z nich w taki, czy inny sposób korzystała z tego systemu, część z nich go po prostu idealizuje z uwagi na swoją ówczesną młodość.

Przemiany po roku 1989 były trudne dla wielu Polaków, niektórzy rzeczywiście na nich stracili stając się wrogami współczesnej, „neoliberalnej Polski”. Idealizując dawny system, idealizują też niekiedy Związek Radziecki. Przykładowo nie dociera do nich, że Ukraina to suwerenny kraj, uważają, że jest ona nadal częścią Rosji, zaś granice, flaga narodowa Ukrainy, rząd tego kraju to tylko „kosmetyka”. Dlatego Putin może sobie, ich zdaniem, wziąć zarówno Krym, jak i Donbas, bo „przecież to jego strefa wpływów, a Stany Zjednoczone są równie złe, jeśli nie gorsze”. Zdanie samych Ukraińców nie jest dla „konserwatystów PRL” istotne, zwłaszcza, że sami często byli obojętni, lub wręcz po drugiej stronie, w czasach, gdy część Polaków i Polek walczyła o niepodległość swojego kraju.

Putinowi łatwo zatem grać na resentymentach polskich zwolenników PRL. Z tego co można poczytać (lub usłyszeć) z dyskusji, w których biorą udział, są oni też święcie przekonani, że Ukrainą rządzą obecnie skrajni nacjonaliści, choć wyniki wyborów parlamentarnych na Ukrainie pokazują, że wcale tak nie jest i to mimo sytuacji wojennej, która sprzyja radykalnym partiom i ruchom społecznym. Cóż z tego, skoro proputinowska propaganda jest w Polsce szeroko dostępna, zaś zwolennikom Polski Ludowej opłaca się w nią wierzyć.

Drugi i trzeci batalion piątej kolumny Putina w Polsce jest już ogólnoeuropejski. Po pierwsze część nowoczesnej lewicy wierzy w różne modne utopie i ideologie. Jedną z nich jest mieszanka alterglobalizmu oraz krytyki „zachodniego imperializmu”. Choć imperializm jest obecnie aktywnie uprawiany przez Putina na naszych najbliższych sąsiadach, dla części nowoczesnej lewicy największym wrogiem jest nadal Zachód, do którego (nawiasem mówiąc) sami należymy. Przywódcą Zachodu jest USA, więc sprawa jest jasna. Część nowoczesnej lewicy nie widzi problemów na przykład w tym, że zwycięska w Grecji Syriza jest jawnie antynatowska albo przynajmniej natosceptyczna. A mamy przecież wojnę tuż przy naszych granicach...

Trzeci batalion piątej kolumny Putina w Polsce to część radykalnej prawicy, która całkowicie nie wierzy w pokojową współpracę między państwami, a już zwłaszcza w międzynarodowe sojusze i koalicje, takie jak NATO czy Unia Europejska. Ogólny przekaz prawicowych zwolenników Putina dotyczy tego, że każdy powinien troszczyć się o siebie. Nie powinniśmy narażać swoich interesów dla powstrzymania Putina. Za wzór dobrej polityki stawiane są Węgry. Niektórzy prawicowcy wręcz otwarcie podziwiają Putina, do tej grupy należy Janusz Korwin Mikke.

Do grupy osób niechętnych, aby bronić w jakikolwiek sposób Ukrainy przed agresją putinowskiej Rosji wliczyć też trzeba osoby, które nie należą do piątej kolumny Putina, lecz rzeczywiście wiele straciły na zaistniałej sytuacji. Są to niektórzy polscy rolnicy i biznesmeni, których interesy odniosły poważny uszczerbek z uwagi na wzajemne embarga pomiędzy Rosją a UE. Stąd zapewne bierze się takie, a nie inne nastawienie liderów PSL do tej tematyki, jak i części SLD. Tej grupy osób nie wypada nazywać piątą kolumną Putina. Stracili oni po prostu najwięcej na zaistniałej sytuacji i ciężko krytykować ich z pozycji osób, które nie poniosły z uwagi na politykę Putina znaczących strat w swoich finansach i życiu zawodowym.

Obama, Merkel, Hollande i Tusk wydają się obecnie nieco bezradni wobec putinowskiej Rosji. Nasza zachodnia opinia publiczna odczytuje to jako słabość Zachodu. Pojawiają się też przypuszczenia co do tego, że głównym celem Putina nie jest zajęcie części Ukrainy, ale skłócenie ze sobą części państw Zachodu, oraz rozbicie i osłabienie UE i NATO. Na razie jednak działania Putina mają pod tym względem niską skuteczność. Wyłamują się tylko kraje słabe i nieistotne, takie jak Węgry, czy Grecja. Temu towarzyszy tradycyjny już separatyzm Wielkiej Brytanii wobec UE, jednakże Brytyjczycy nie mają zamiaru w związku z tym podważać wspólnej polityki NATO wobec Putina, wręcz przeciwnie.

Moim zdaniem głównym problemem nie jest słabość UE czy NATO. Przeświadczenie o rzekomej słabości Zachodu to efekt działania putinowskiej propagandy na wspomniane przeze mnie piąte kolumny, które ma w świecie Zachodu i które karmi różnymi Sputnikami i Nowymi Rosjami. W imię tej propagandy tworzone są jakieś dziwaczne mity, typu, że cała polska armia zmieściła by się na stadionie. Ależ oczywiście! Powiem więcej – cała ludzkość zmieściłaby się na stadionie, gdyby poukładać ludzi warstwami jednego na drugim. Najwyżej ludzkość wystawałaby kilkaset metrów ponad stadion, ale by się zmieściła...

Fakty są takie, że polska armia mieści się wedle niektórych rankingów w pierwszej dwudziestce najsilniejszych armii na świecie, zaś z siłami NATO Rosja nie miałaby najmniejszych szans w wojnie konwencjonalnej. Armia rosyjska już wielokrotnie pokazała swoją słabość, nieudolność i niskie morale w walce z przeciwnikami słabszymi niż Polska, a cóż dopiero niż UK, czy Francja.

Nieśmiałość dyplomacji europejskiej i amerykańskiej w odniesieniu do Putina bierze się, moim zdaniem, nie z obawy przed siłą konwencjonalnej armii Rosji, czy z efektów działania misternej polityki przywódcy Rosji. Wygląda po prostu na to, że nie ma pewności, czy Putin nie jest do pewnego stopnia szalony i czy nie użyje broni nuklearnej, jeśli przyciśnie się go za mocno.

Obawa przed nieobliczalnością Putina ma swoje podstawy w tym, że de facto, pomijając już względy etyczne, atak na Ukrainę nie jest opłacalny dla Rosji. Dla drobnych na tle tego ogromnego kraju zdobyczy terytorialnych naprawdę nie warto było tracić zaufania politycznego i ekonomicznego, jakim Rosja była darzona na Zachodzie.

Być może chodziło o ludność, a nie o terytorium? Źle rządzona Rosja wyludnia się przecież, na jej ogromnym terytorium żyje w zasadzie garstka ludzi, tymczasem na Ukrainie żyje sporo Rosjan. Zgadzam się, że uzupełnienie populacji jest dla Rosji ważniejsze niż powiększenie terytorium. Ale są z pewnością lepsze metody na przyciąganie do Rosji Rosjan zamieszkałych poza macierzą, niż niszczenie swojej pozycji politycznej i ekonomicznej w wyniku bezsensownej agresji zbrojnej na sąsiada.

Wśród sąsiadów Rosji znajdują się między innymi Chiny, które mają historyczne roszczenia wobec części terytoriów na dalekim wschodzie Rosji. Mają też dużą populację i potencjał szybkiego zagospodarowywania miejsc leżących odłogiem. Gdyby nie potencjał nuklearny Rosji, to już teraz Chińczycy, gdyby chcieli, mogliby próbować zająć część przygranicznych rosyjskich terenów, zaś opinia światowa, zważywszy na obecne poczynania Rosji, nie stanęłaby jednym mocnym blokiem po stronie Rosji.

Przed atakiem Putina na Ukrainę Zachód najpewniej broniłby Rosjan przed agresją ze strony Chin. Obecnie Chiny mogłyby najpewniej działać swobodnie, a przypuszczam, że w wojnie konwencjonalnej miałyby spore szanse zwyciężyć Rosjan. Mają przecież przewagę populacyjną, finansową a także produkcyjną. Choć najnowszy rosyjski sprzęt wojskowy jest nadal jednym z lepszych na świecie, to założę się, że Chińczycy są w stanie znacznie szybciej wyprodukować dużą ilość samolotów, dronów, statków i czołgów niż Rosjanie. Państwo Środka jest w końcu obecnie największą fabryką świata. Absolutnie nie sugeruję, że Chińczycy mają obecnie agresywne zamiary wobec sąsiadów, ale gdyby tak było, to nigdy dotąd nie miały tak dużej swobody w ewentualnych planach zdobycia terytoriów i zasobów kosztem swojego północnego sąsiada. Jedyną realną przeszkodą jest tu potencjał nuklearny Rosji.

To dotyczy nie tylko Chin. Tak naprawdę jedyną ważną kartą w obecnej, agresywnej polityce Putina jest potencjał nuklearny jego kraju i słuszny strach rozsądnych ludzi przed rozpętaniem wojny nuklearnej, z której nikt nie wyjdzie zwycięzcą. Polityka Putina nie jest, moim zdaniem, korzystna dla samych Rosjan. Być może byłaby, gdyby Putin umiał się w pewnym momencie mądrze zatrzymać, ale wiele wskazuje na to, że nie ma takich umiejętności. Atak na Ukrainę mógł służyć wzmocnieniu wewnętrznej pozycji Putina wśród Rosjan, ale obecnie, gdy wojna się przedłuża i zginął główny rosyjski opozycjonista, Putin wygląda jak Saturn pożerający własne dzieci. Obawy przywódców Zachodu dotyczące możliwości ataku nuklearnego ze strony Rosji nie są niestety, zupełnie nieuzasadnione. Szaleństwo, na które nie poważyli się przywódcy Związku Radzieckiego, teraz, paradoksalnie, wydaje się dość możliwe. Oby tak się nie stało!

Wracając do batalionów putinowskiej piątej kolumny w Polsce. Wielu ludzi działających w tych batalionach pomyliło epoki i ma wrażenie, że mamy lata sześćdziesiąte XX wieku. Nie – mamy rok 2015. Obecnie Rosja jest stosunkowo słabym krajem. W latach sześćdziesiątych wielu ludziom mogło się zasadnie wydawać, iż ZSRR jest równie mocny jak cały Zachód. Obecnie takie przekonanie jest absurdalne. Pod względem technologicznym i ekonomicznym Rosja jest obecnie nie tylko słabsza od USA, ale też od samej Francji, od samych Niemiec, od samej Wielkiej Brytanii, nie wspominając już o Chinach, Japonii, a nawet Indiach. Putin może robić to, co robi, tylko i wyłącznie z uwagi na nagromadzone w czasach ZSRR bomby atomowe i wodorowe.