Lamenty nad jakością szkolnictwa wyższego zataczają coraz szersze kręgi. Publicznie i prywatnie swoje żale wylewają pracodawcy, nauczyciele, rodzice, uczniowie. Z mojej perspektywy – byłej studentki, rodzica, pracodawcy, a od niedawna także i babci – nie jest aż tak źle.
Nie wpisuję się więc w chór płaczek. W końcu nasza transformacja ma dopiero 20 lat i trudno w tym czasie od nowa zbudować system edukacyjny dopasowany do nowego rynku. Warto dostrzegać takie niuanse, a nie potępiać wszystko w czambuł. Ale reformować trzeba. I nie tylko uniwersytety.
Głębokich zmian wymaga szkolnictwo podstawowe i średnie. To ono właśnie zabija kreatywność, a premiuje średniactwo, nie zachęca do krytycznego myślenia, łamania schematów, odkrywania nowych przestrzeni. Zajmuje się wtłaczaniem ogromu zbędnych wiadomości oraz produkcją pokornych odtwórców i sprawnych rozwiązywaczy testów. Wyrastających ponad przeciętność przycina jak żywopłot, bo uczeń, który stawia pytania, poddaje w wątpliwość „oczywiste” prawdy to kłopot.
Do wyjątków należą nauczyciele i szkoły, które inspirują do samodzielnego myślenia, motywują intelektualnie niepokornych, nagradzają kreatywność. „Wolność jest glebą dla geniuszu” pisał John Stuart Mill. Polska szkoła go „przerabia”, ale wolności nie daje, nie pozwala na próby i błędy. Dzieci boją się błądzić, bo szkoła za błędy karze. Kończą więc edukację, często nie rozpoznając nawet swoich rzeczywistych talentów i wybierają studia bezrefleksyjnie, albo jeszcze gorzej – sugerując się prognozami szacującymi zapotrzebowanie na pracowników za 5-10 lat.
Nie lamentujmy więc nad uczelniami, bo one nie uporządkują w głowach w trzy-cztery lata tego, co szkoła demolowała przez dwanaście. Zreformujmy raczej mądrze polską szkołę. Tak, by uczyła pracy zespołowej, komunikacji, sztuki prezentacji.
Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Stanach, córka często przygotowywała prezentacje w PowerPoint, szkoła organizowała wycieczki do firm, by dzieci mogły z bliska zobaczyć, jak pracują dziennikarze w redakcji, czy urzędnicy w gminie, na szkolnych zajęciach odgrywały procesy sądowy. Córka jednego dnia musiała wcielić się w prokuratora, drugiego - odgrywać rolę adwokata. Nie twierdzę, że amerykański system edukacji jest idealny. Szkołom za oceanem też można wiele zarzucić, ale one starają się przynajmniej uczyć sprawnej komunikacji i empatii, otwartości i sztuki argumentacji, negocjacji i pracy w grupie, a więc wielu ważnych umiejętności, których tak bardzo brakuje absolwentom polskich uczelni.
