W żadnej sprawie prezydent Warszawy nie jest tak konsekwentna, jak w odmowie ujawnienia osób, z którymi miasto podpisywało umowy cywilno-prawne. Można podejrzewać, że coś bardzo wstydliwego kryje się za tymi umowami, skoro Hanna Gronkiewicz-Waltz za nic ma w tej sprawie prawomocny wyrok sądowy.

REKLAMA

O ujawnienie personaliów niektórych osób, z którymi Ratusz podpisał takie umowy wystąpił w trybie dostępu do informacji publicznej radny z opozycji. Ratusz odmówił, sprawa trafiła do sądu. Utajnienie umów miało dla pani prezydent na tyle priorytetowe znaczenie, iż mimo zatrudniania w urzędzie prawie 100 prawników na etatach, Hanna Gronkiewicz-Waltz za kilkadziesiąt tysięcy złotych z kasy miasta wynajęła do prowadzenia sprawy znaną kancelarię prawną. Niewiele to dało, bo po prawie 3 latach zapadł prawomocny i korzystny dla radnego wyrok sądowy.

Jak podaje „Życie Warszawy” (9.05.2012), pani prezydent nie dała za wygraną i wystąpiła o kasację do Sądu Najwyższego, a ujawnienia danych – mimo prawomocnego wyroku – nadal odmawiała. Radny wystąpił zatem o nadanie wyrokowi klauzuli natychmiastowej wykonalności, a gdy i to Ratusz zignorował, wywalczył wczoraj egzekucję wyroku: sąd nakazał miastu ujawnienie danych w ciągu 14 dni. Nie wiadomo, czy Hanna Gronkiewicz-Waltz się temu podporządkuje. Być może będzie wolała zapłacić 2 tys. grzywny.

Dwa miesiące temu pisałem o tym, jak trudno uzyskać dostęp do informacji publicznej. Po części jest to spowodowane złymi przepisami w ustawie. Ale w przypadku prezydent Warszawy nie o ustawę tu chodzi – Hanna Gronkiewicz-Waltz, jak pokazuje powyższa historia, nie tylko ustawę ma za nic. Równie lekceważąco podchodzi do prawomocnych wyroków sądowych. To arogancja władzy w czystej postaci.

Wstyd tym większy, że pani prezydent nie tylko reprezentuje partię obywatelską z nazwy, lecz jest także profesorem prawa.