Dzisiejsza prasa donosi o buncie biznesmena, Igora Kołomojskiego. Co prawda to Kołomojski został zdymisjonowany z funkcji gubernatora obwodu dniepropietrowskiego, ale faktem jest, że najpierw sprzeciwił się prezydentowi Poroszence.
Historia tego człowieka jest długa i barwna, ale warto przywołać moment, gdy Ukrainę zdestabilizowali Rosjanie. Wtedy Kołomojski zagrał w ruletkę – obstawił, że władza w Kijowie się utrzyma. Z rąk tymczasowego prezydenta przyjął funkcję gubernatora obwodu dniepropietrowskiego. Podobne stanowisko, ale w Doniecku, przyjął wtedy Siergiej Taruta, też majętny człowiek. Po roku Taruta został politycznym bankrutem, bo utracił pół Donbasu, a Kołomojski triumfował. Utrzymał bardzo ważną prowincję Ukrainy i uzbroił pospolite ruszenie.
Po drodze bardzo umiejętnie wspierał licznych kandydatów do Rady Najwyższej, ugrupowanie Poroszenki, a mówi się też, że Samopomoc Andrieja Sadowego, mera Lwowa, który wprowadził 40 posłów. Sam nie kandydował. Było oczywiste, że prędzej czy później zgłosi się o zapłatę za takie sukcesy.
Plan był prosty. Z inicjatywy Kołomojskiego miała powstać nowa frakcja polityczna w Radzie Najwyższej. Mówiono nawet o 80 deputowanych. Ba! Miała już swoją nazwę – "Renesans". Ta nowa frakcja, wraz ze stronnikami Poroszenki, miała doprowadzić do zmiany premiera. Wszystko to działo się 3 tygodnie temu, tyle że plan nie wypalił. Według mojej oceny partnerzy z Zachodu przekazali prezydentowi jasne ultimatum – albo lojalnie współpracuje z premierem Jaceniukiem, albo kończy się "ukrainian dream".
W tym momencie Kołomojski zaczął grać ostrzej. Zażądał pieniędzy z firm państwowych (jedną nawet zbrojnie zajął) i przeglądu prywatyzacji z minionych 20 lat. Tego był jednak za wiele i Poroszenko zdymisjonował gubernatora.
Problemy jednak dopiero się zaczynają. Igora Kołomojskiego nie można tak po prostu, jednym podpisem, wyeliminować z życia publicznego. Ma pieniądze, ambicje i gigantyczne wpływy. Ma też armię – niewielką, ale swoją.
Mamy dziś do czynienia z przesileniem politycznym na Ukrainie. Jeżeli prezydent Poroszenko wygra, będzie 1:0 dla demokracji. Przy odwrotnym wyniku – wróci stare. I to szybkimi krokami.
A Kreml cierpliwie obserwuje wiosnę w Kijowie…
