Jeśli można kogoś skazać na 100 lat więzienia i twierdzić, że formalnie to nie jest dożywocie, to zapewne można też zawiesić kogoś na trzy lata w prawach członka partii i twierdzić, że to nie jest wyrzucenie. Proponuję jednak, by nie brać na poważnie poczucia humoru sądu partyjnego SLD i przyjąć, że Grzegorz Napieralski został z Sojuszu wyrzucony.

REKLAMA

Co więcej, proponuję też, by widzieć rzeczywisty przebieg wydarzeń i prawdziwe dramatis personae. Formalnie ktoś tam w imieniu zarządu partii oskarżał, i ktoś tam jako sąd partyjny wyrokował, ale – zgódźmy się – tak naprawdę oskarżał tu i wyrzucał jeden i ten sam człowiek: Leszek Miller.

Oceniam tę decyzję Leszka Millera bardzo negatywnie.

Gdy Leszek Miller ponad dekadę temu stracił stanowisko przewodniczącego SLD i następnie został przez nowego szefa partii Wojciecha Olejniczaka skreślony z listy kandydatów partii do Sejmu w 2005 roku, uznałem to wtedy za błąd polityczny SLD (wszak Leszek Miller miał sporo sympatyków w post-PRL-owskim elektoracie), ale przede wszystkim widziałem w tym przejaw małostkowości. W reakcji na to Leszek Miller odszedł wtedy z SLD. Rękę podał mu kolejny przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski, najpierw na powrót przyjmując go do partii, a potem umieszczając go w 2011 roku na pierwszym miejscu na liście kandydatów SLD do Sejmu w okręgu gdyńskim. Jeśli więc dziś Leszek Miller, przejąwszy od Napieralskiego stery w partii, wyrzuca go z niej, to jest to przejaw nie tylko małostkowości, ale też skrajnej niewdzięczności.

Ale oczywiście istotniejszy jest aspekt polityczny decyzji Leszka Millera. I on też jest głównym powodem, że sprawę komentuję. Otóż Sojusz Lewicy Demokratycznej (podobnie zresztą jak wcześniej Twój Ruch) miał do odegrania (użyty tu czas przeszły nie jest przypadkowy) istotną rolę w procesie konsolidacji środowisk lewicowych i liberalnych, nie akceptujących zdominowania polskiej sceny politycznej przez partie (PO i PiS) i środowiska prawicowo-konserwatywne.

Widać, ze Leszek Miller tym oczekiwaniom nie sprostał. Zamiast rozwijać SLD, on tę partię w sensie dosłownym zwija. Zamiast zadbać o przyciąganie do SLD ciekawych postaci, on postaci takich woli się pozbywać. Wydaje się, że jedyne na co Leszek Miller zwraca dzisiaj uwagę, to zduszenie w zarodku jakiejkolwiek wewnętrznej konkurencji. Bo chyba tylko w takich kategoriach trzeba widzieć zaskakującą decyzję o nominowaniu Magdaleny Ogórek na kandydatkę SLD w wyborach prezydenckich.

Obawiam się, że za niedługi czas Leszek Miller będzie w SLD absolutnym jedynowładcą – tyle, że po czystkach, które przeprowadzi, będzie to partia już pozaparlamentarna i nie zdolna do zbudowania wokół siebie jakiegokolwiek szerszego politycznego obozu.

Na to co się właśnie dzieje w SLD nie ma chyba lepszego komentarza niż piosenka Elektrycznych Gitar „To już jest koniec”.

Dodałby, że nie jest to koniec ładny.